Chłopak chciał

Chłopak, który chciał zacząć od nowa . Nominacja w plebiscycie 2017 . Kirsty Moseley. 7,7 / 10 1460 ocen 165 opinii . Wydawnictwo: HarperCollins Polska Cykl: ... „Chłopak, który chciał zacząć od nowa” to porywająca opowieść o grzechach przeszłości, które kładą się szerokim cieniem na teraźniejszości, jak również wzruszająca historia romantycznej miłości, która musi stawić czoła wielu wyzwaniom. Wciąga, skłania do myślenia i ostrzega, aby nie wchodzić dwa razy do tej samej ... Chłopak chciał, by zabiła dziecko, bo miało się urodzić bez kończyn Zdj. ilustracyjne. Pixabay 'W ciągu ostatnich 6 lat widziałam, jak po raz pierwszy uderzał ręką w zabawkę, gdy miał 2 miesiące, jak przewracał się, gdy miał 4 miesiące, jak siedział samodzielnie, gdy miał roczek, jak sam mył zęby i buzię, jak sam wszedł ... Opis: Chłopak, który chciał zacząć od nowa - Moseley Kirsty. Wiek: 15+ Poznali się w nocnym klubie. Jamie chce zmienić swoje życie i zerwać z kryminalną przeszłością. Nie potrzebuje komplikacji i nie szuka problemów. Ellie kończy szkołę, niedawno rozstała się z chłopakiem. Chce być wolna. Chłopak, który chciał zacząć od nowa- Kirsty Moseley Tytuł: Chłopak, który chciał zacząć od nowa Autor: Kirsty Moseley ... Ellie nie ma pojęcia, czym naprawdę zajmuje się jej chłopak, gdy nie może się z nią spotkać. Prawdy nie można jednak ukrywać w nieskończoność, szczególnie przed kimś, kogo się kocha ... Chłopak, który chciał zacząć od nowa - Moseley Kirsty , tylko w empik.com: 24,99 zł . Przeczytaj recenzję Chłopak, który chciał zacząć od nowa. Zamów dostawę do dowolnego salonu i zapłać przy odbiorze! Mój chłopak chciał się zabić Nie mam pojęcia co robić, jak mu pomóc. Bardzo kocham swojego chłopaka. Od jakiegoś czasu zauważyłam, że dziwnie się zachowuje. Często próbuje to ukryć ale raz na jakiś czas to wszystko z niego 'wychodzi: Cała złość, gniew, smutek, wręcz rozpacz. Wtedy nie panuje nad sobą. Chłopak chciał kopnąć bezpańskiego psa. Młody chłopak znalazł sobie bardzo specyficzny rodzaj rozrywki. Dostrzegając bezpańskiego psa, w jego głowie zrodził się idiotyczny pomysł zrobienia mu krzywdy. Jednak tę ideę szybko zweryfikowało życie. Chłopak niewiele myśląc, rozpędził się i zaczął biec w stronę psa. ☞ Ebook - epub, mobi. Chłopak, który chciał zacząć od nowa – Kirsty Moseley. Pobierz i przeczytaj fragment ebooka za darmo. Wydawca: Harper Collins Polska. Formaty na czytniki Kindle, PocketBook oraz telefony z systemami Android, iOS, Windows. Za kupno Każdej Książki otrzymasz Kod Rabatowy. Wspieraj Legalne Źródła zamiast strony typu chomikuj. Chłopak nie chciał się przyznać ... Początkowo chłopak zaprzeczył, jakoby z nauczycielką miało go łączyć 'coś więcej'. Kiedy w końcu przyznał co zaszło, swoje zeznania skwitował słowami: 'To marzenie każdego ucznia, by zaliczyć nauczycielkę'.

Pracuję jako asystent osób (m.in.) autystycznych, dostałem "w ryj" z powodu tego, że mój klient się wystraszył (prawdziwa i autorska historia, ekskluzywnie dla /r/Polska)

2020.08.21 16:02 TerminatorsEvilTwin Pracuję jako asystent osób (m.in.) autystycznych, dostałem "w ryj" z powodu tego, że mój klient się wystraszył (prawdziwa i autorska historia, ekskluzywnie dla /r/Polska)

Jak w temacie, pracuję w Walii jako support worker (opiekun) osób niepełnosprawnych umysłowo, moja praca polega między innymi na zabieraniu naszych klientów w miejsca typu kino, restauracja, kręgle czy jak w opisywanym przypadku - basen.
W tej firmie dopiero zaczynałem pracę, nigdy nie pracowałem z tym konkretnym klientem, wiedziałem o nim tyle co wyczytałem z tzw. "care plan" ("plan opieki") - klient mocno autystyczny, bardzo wrażliwy na dźwięki (w związku z czym nosi na uszach takie słuchawki-stopery), asysta tzw. "2-1" (dwóch "opiekunów" na tego jednego "podopiecznego"). Klient to chłopak w wieku dwudziestu kilku lat, jak to zazwyczaj w przypadku osób w spektrum autyzmu - nie ma żadnych cech zewnętrznych zdradzających niepełnosprawność.
Ad rem - no więc, wchodzimy na basen, "wąskie gardło" tuż przez wejściem na przebieralnie. Idziemy "gęsiego" (moja doświadczona koleżanka przodem, między nami klient, na końcu ja). Dochodzimy powoli do drzwi, kiedy wyłania się z nich on - umięśniony byczek z 4-5 letnią (najprawdopodobniej) córką na rękach. Dziewczynka płacze. Ja czuję, że może być z tego problem, ale tak jak piszę - korytarz jest wąski a oni są dosłownie kilka kroków przed nami, nie za bardzo jest zrobić coś ponad przyspieszyć kroku.
W momencie gdy się mijamy - dzieję się najgorsze - dziewczynka ze "zwykłego" płaczu przechodzi w tryb krzyku, wrzasku i wysokiego pisku. Mój klient krzyczy krótkie "shut up!" ("zamknij się") unosząc ręce do swoich uszu. Ze względu na ciasnotę korytarza - może to wyglądać jakby chciał ją uderzyć. Dziewczynka momentalnie milknie, a byczek... stawia ją natychmiastowo na ziemi i niemal dosłownie wchodzi na mojego klienta, niczym bokserzy podczas stania "twarzą w twarz" po ważeniu, szturcha go wyprostowanym paluchem i wyzywa od "mother f**kers" (fanów seksu z własną matką) i że mu zaraz "kick a**" (skopie tyłek). Odruchowo wciskam się między klienta i byczka i mówię
- Przepraszam, on jest niepełnosprawny, on nie chciał, jest N-I-E-P-E-Ł-N-O-S-P-R-A-W-N-Y, A-U-T-Y-S-T-Y-C-Z-N-Y, to (i tu mój błąd) moja wina, przepraszam..
- Twoja wina?? No to mam tu coś dla ciebie!
I tzw. plaskacz wprost na moją twarz, aż mi okulary zleciały i szczęka zabolała.
Byczek chwyta córkę za rękę i pośpiesznie wychodzi, ja, klient i moja koleżanka stoimy jak kołki z "co tu się ***** odjaniepawliło??" na twarzy (u mnie dodatkowo jeszcze czerwony odcisk byczkowego kopyta). Po chwili zadzwoniliśmy do biura firmy, basen ostatecznie został odwołany na ten dzień.
-----
Nie, nie mogłem być bardziej "proaktywny"/"profilaktycznie" widząc i czując, że coś może się stać mogłem rzucić się na mojego klienta niczym jak na gotowy do eksplozji granat. Nie było ani czasu ani miejsca, wszystko trwało sekundy.
Tak, firma próbowała zwalić na mnie (i moją koleżankę) winę, podnosząc taki sam jak powyżej "argument". Wkrótce po tym zmieniłem firmę (ale nie rodzaj pracy, bo kocham to co robię).
Nie, to że ktoś jest w spektrum autyzmu i boi się/nie lubi głośnych dźwięków nie oznacza, że powinno się go izolować i odmawiać (możliwie jak najbardziej) normalnego życia.
Nie, nie mogłem oddać byczkowi - raz, że by mną podłogę pozamiatał, dwa - podstawową zasadą jest próbować ułagodzić i nigdy, przenigdy nie eskalować sytuacji kryzysowej - straciłbym za to pracę.
edit: drobne redakcyjne :)
edit przy 50 plusach oraz 23 komentarzach - dziękuję za wszystkie plusy oraz ciekawe komentarze. Był to dla mnie bardzo ciekawy "poligon", wstęp i potwierdzenie tego, że warto zrobić AMA związane z moim zawodem. A także - dzięki Wam mam już trochę materiału na FAQ przy dodawaniu AMA :)
submitted by TerminatorsEvilTwin to Polska [link] [comments]


2019.11.26 12:49 AB0TAGE Sprawa z Konina - wasze opinie

Co myślicie o tej sprawie? Dla tych co nie wiedzą (a są tacy?): w Koninie policjant zastrzelił 21 letniego chłopaka, po tym jak ten rzucił się do ucieczki widząc zbliżających się funkcjonariuszy. Niestety mimo reanimacji chłopak zmarł.
Moim zdaniem przede wszystkim należy ustalić, czy uciekający zaatakował lub chciał zaatakować policjanta. Jeśli tak, policjant mógł użyć broni w obronie własnej. Jednak jeśli chłopak tylko uciekał, strzelanie do niego było kompletnie nieuzasadnione i policjant powinien ponieść konsekwencje.
submitted by AB0TAGE to Polska [link] [comments]


2019.11.04 17:19 bloomer_from_poland Kryzys psychiczny

Hej Polska
Chciałbym Wam opowiedzieć moją historię kilku ostatnich miesięcy, jako może przestrogę dla innych, może jako naukę, może tylko po to, że mam potrzebę napisać światu o tym przez co przeszedłem. Będę się starał zachować anonimowość, aczkolwiek nie zdziwię się, jeżeli mnie ktoś rozpozna. Jeśli tak będzie, proszę, zachowajcie to dla siebie.
Żeby tylko zarysować - jestem raczej z dobrej rodziny, nigdy mi niczego nie brakowało, jednak nigdy też nie było tak, że dostawałem co będę chciał. Ot normalna rodzina klasy średniej/wyższej średniej. Rozwijam się w zawodzie, o którym marzyłem, od jakiegoś roku mieszkam sam na swoim...
Otóż nie do końca sam, ponieważ do końca czerwca br. mieszkałem z dziewczyną. Byliśmy razem jakieś 4 lata, w tym czasie prawie 2 mieszkaliśmy wynajmując gdzieś mieszkania. Nie zawsze było kolorowo, nie zawsze było tragicznie. Można powiedzieć, że było nijak/dobrze. Mieliśmy nawet dwa koty, co jest istotne w tej historii.
Pod koniec czerwca wróciłem z tygodniowego wyjazdu służbowego. Kolejnego dnia, gdy wróciłem z pracy dowiedziałem się, że moja dziewczyna chce skończyć związek. Przyjąłem to zadziwiająco spokojnie. Nie bez emocji, ale spokojnie, dorośle. Rozstaliśmy się jako przyjaciele. Ona wzięła "nowszego" kota, u mnie został starszy, który był naszym pierwszym wspólnym zwierzakiem, przede wszystkim dlatego, że ona marzyła o kocie.
W ten sposób zacząłem mieszkać sam. Ponownie podkreślam, że nie odczuwałem tego jakoś bardzo. Prawdopodobnie dlatego, że miałem dużo roboty na głowie. Poznałem kilka osób, niektóre bardzo blisko, jednak wszystko okazywało się tylko przelotnymi znajomościami. Zacząłem palić papierosy. Paczkę dziennie, czasem półtorej. Osoba, która z papierosami nigdy nie miała wspólnego. Zarabiam w końcu swoje pieniądze, kto mi zabroni. Poza tym ja nie jestem uzależniony, mogę w każdej chwili przestać.
Życie właściwie zaczęło mi się sypać we wrześniu, kiedy poszedłem na urlop. Przez bity tydzień siedziałem w chacie, paliłem papierosa za papierosem i jadłem żarcie na dowóz. Grałem w gry na kompie myśląc, że to mój wymarzony czas wolny. W końcu nie ma pracy, nie ma dziewczyny, która stałaby mi nad głową. Nie muszę się martwić o gotowanie, bo przecież zarabiam swoje pieniądze i przecież jakbym gdzieś na ten tydzień wyjechał, to wydałbym więcej. Zacząłem przy okazji tyć w oczach. W tym samym czasie zacząłem tracić kontrolę nad swoim otoczeniem. Zaczęły rosnąć sterty śmieci, brud zaczął zachodzić grubą warstwą w łazience i w kuchni.Nie wychodziłem wyrzucać śmieci do głównego kosza. Co więcej, nawet się nie fatygowałem, żeby wyrzucać je do worka na śmieci. Ale nie zwracałem na to uwagi, myślałem, że to olewam.
Potem zaczęło to wchodzić na moją psychikę. Życie jakby wymykało mi się spod kontroli. Zawsze się śmiałem jak w The Sims bałagan wokół postaci wpływał na ich morale, zaś wtedy zrozumiałem jak bardzo to mnie niszczy. Zaczęły też do mnie docierać wydarzenia z czerwca. Zacząłem wpadać w inne używki i robić rzeczy, których normalnie bym nie robił tj. pisanie do każdej możliwej dziewczyny na Tinderze, bycie bardzo bezpośrednim. Dla niektórych może to być normalne, dla mnie to był kompletnie inny świat. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że starałem się wypełnić pustkę po mojej dziewczynie, jakoś się dowartościować, może podświadomie zemścić. Byłem w totalnym amoku. Trwało to jakiś tydzień, może dwa. Ja zaś czuję jakby to trwało od czerwca. Warte podkreślenia jest to, że w tym czasie chodziłem do psychologa, jednak nie pomagał mi on w tym, co się aktualnie ze mną działo.
Być może wyda Wam się to trochę dziwne, ale tę serię niefortunnych zdarzeń przerwał niejako u mnie film Fangottena o tzw. doomerach. Z jego filmu trafiłem na filmy anglojęzyczne, gdzie znalazłem film jak chłopak opowiada o swojej drodze z doomera do bloomera. Po obejrzeniu i przeczytaniu komentarzy pod filmem trafiłem na informację, że niektórym ludziom w wyjściu z gówna pomaga stoicyzm i, co najbardziej mnie załamało, ogarnięcie porządku wokół siebie. W tym momencie uświadomiłem sobie, że gromadzący się wokół mnie syf jest objawem, ale też elementem, który jeszcze bardziej mnie pogrążał.
Czytałem o stoicyzmie i szczerze powiedziawszy, dla mnie ta filozofia zaczęła działać. Przede wszystkim założenie, że są rzeczy od nas zależne i od nas niezależne. Z niezależnymi nic nie zrobimy, więc nie warto się nimi w danym momencie zamartwiać. Zaś jeśli chodzi o zależne od nas: jeżeli jesteś w zagraconym mieszkaniu, masz dwie opcje: albo nic nie robić, dalej w tym żyć i zaakceptować wpływ tego na moją psychikę, albo w końcu posprzątać. Idiotycznie proste, prawda? Ale ja tego nie wiedziałem. A może wiedziałem, ale potrzebowałem to przeczytać. Wpłynęło na mnie z tej filozofii również to, że to ode mnie zależy jakie wrażenie coś na mnie zrobi. W każdym razie...
Piszę to w momencie, kiedy umyłem sedes, co uważam za wielkie osiągnięcie... Niby tylko porcelana, nad którą spędzacie kilka chwil w ciągu dnia, a jednak dla mnie to w tym momencie bardzo dużo. Wczoraj był pierwszy dzień od wielu miesięcy, kiedy jadłem owoce. Dużo owoców... Winogrona, banany, mandarynki... Możecie mi wierzyć albo nie, ale mam łzy w oczach pisząc ten fragment o owocach. Używki odstawiłem wszelkie. Tak jak wcześniej tylko "próbowałem" rzucić papierosy, tak po tym przejściu czuję do nich odrazę. Do wszystkich innych też. Posprzątałem mieszkanie i powiem Wam, że nie ma piękniejszego zapachu unoszącego się w domu od aromatu Pronto na świeżo wyczyszczonych meblach.
Wracając jednak do kota, z nim mam jeszcze duży problem. Kocham ją (kota) i ona kocha mnie, jednak kiedy na nią patrzę, myślę o tym jak moja była dziewczyna za nią tęskni. I tego nie potrafię jeszcze rozwiązać, a sprawia to spory ból. Ale wierzę, że teraz będzie tylko lepiej. Zrozumiałem też, jak bardzo samotnym człowiekiem jestem. W moim bezpośrednim otoczeniu nie mam nikogo. To jest druga rzecz, z którą się w tym momencie param.
Myślę, że jestem na dobrej drodze do bycia szczęśliwszym człowiekiem. Potraktujcie to wszystko jako przestrogę. Może kiedy będziecie w podobnej sytuacji, zaczniecie zauważać zależności i zobaczycie, że wpadacie w bajoro. Ale pamiętajcie, zawsze jest jakieś wyjście. Pisałem to z zamysłem, że zobaczę jakąś swoją wielką przemianę, jakieś boom, kiedy stałem się szczęśliwym. Teraz widzę, że jest to jednak proces bardzo stopniowy.

Ale zmierza w dobrym kierunku :)

Dużo zdrówka Polska, szczególnie tego psychicznego.
submitted by bloomer_from_poland to Polska [link] [comments]


2019.10.11 15:55 czarna_sarna Przeklejam tekst pewnej kobiety, który dużo mówi o nas jako o społeczeństwie

,,Drogi chłopcze w kapturze, który zauważyłeś mój ciążowy brzuch w tramwaju."
Jeśli śledzicie mój blog dłużej niż kilka miesięcy, pewnie pamiętacie moje poprzednie doświadczenia z komunikacji miejskiej, bo obiły się one szerokim echem.
Dzisiejsza relacja będzie zupełnie inna od poprzednich.
Wsiadłam w piątek do krakowskiego niskopodłogowca. Do tramwaju starego typu nie miałabym nawet co się przymierzać, bo w chwili obecnej nie jestem w stanie nawet podnieść nogi na odpowiednią wysokość, a co dopiero mówić o tramwajowej wspinaczce z kilkoma dość wysokimi schodami do góry ;-) Motylem już nie jestem, sorry. :p
Wsiadłam do tramwaju i nawet nie miałam zamiaru siadać, bo podróż trwałaby 4 minuty, nie więcej, a tramwaj na tej trasie nawet nie zdąża się rozpędzić. Zresztą, to ciekawe doświadczenie obserwować czasami reakcje ludzi, którzy widzą wchodzącą ciężarną słonicę do tramwaju, jaką niewątpliwie już jestem :D Nie ma co się oszukiwać, że mieszam się z tłumem. Najpierw idzie brzuch, później duuużo później idę ja :D
Dlatego też najpierw miejsce w tramwaju zajął mój brzuch, za moment weszłam ja. Złapałam za poręcz i kątem oka zwróciłam uwagę, że NAGLE wszyscy w moim otoczeniu odwrócili głowy w drugą stronę, jakbym przenosiła jakieś prątki niewiadomoczego :D Jak na komendę nastąpiła konsternacja i wszyscy zaczęli patrzeć w zupełnie inną stronę :D
I nagle wstaje chłopak w kapturze, totalny oldschool. Młody, nie wiem nawet, czy pełnoletni. Posturą większy od mojego Taty, a Taty nie mam małego.
„Pani usiądzie. K… Ja pie…Co za k… świat. Teraz wszyscy będą udawać, że nie widzą, że pani jest w ciąży a brzuch pani ma większy od mojego ojca. Nie da się go nie zauważyć. – i wziął głęboki oddech.
Proszę się nie obrażać tylko. Pani siada i nie próbuje mi nawet mówić, że pani postoi.
Motorniczy dostanie pier…., nagle zahamuje i poleci Pani jak długa. A ci będą udawać, że pani nie widzą, ku…. Bo to tak łatwo udawać, nie? Oni by nawet swojej ku… matce miejsca nie ustąpili, to nie ma co się dziwić, że i kobiety w ciąży widzieć nie chcą. Ku……
Pani siada.”
W tramwaju nastała cisza. Założę się, że wszyscy, którzy byli obecni zapamiętają tę scenkę rodzajową do końca życia:D To było widać po ich twarzach. Ja zdążyłam wydukać z siebie krótkie dziękuję, ale ucieszyłam się, że za moment wysiadałam, bo atmosfera zgęstniała :D Na początku z miejsca nie chciałam korzystać, ale po pierwszych zdaniach bałam się już odzywać, bo i mnie by próbowano przywołać do porządku;-)
Gdy tramwaj dojechał tam, gdzie chciałam i wstałam z zamiarem wyjścia, chłopak popchnął mnie z powrotem na siedzenie. Byłam zbyt przerażona, żeby jakkolwiek odpowiedzieć.
,, Jak Pani k... siada to niech pani siedzi. I Pani ku... nie wstaje. Ja pier... co za ludzie. Mówisz coś do nich k... a oni dalej swoje. "
Nie wiedziałam, co mam robić. Tramwaj pojechał dalej, a ja razem z nim. Bałam się już wstać czy odezwać. Ten chłopak chyba jednak nie był taki miły, jak mi się zdawało na początku :( Pomyślałam, że to nie szkodzi i poczekam, aż on wysiądzie.
Tym sposobem dojechaliśmy do zajezdni. Myślałam, że tu się w końcu rozstaniemy. Ku mojemu zdziwieniu, chłopak nadal stał przy mnie i nie pozwalał mi wysiąść mimo, że wszyscy już to zrobili. Zobaczyłam, że motorniczy idzie w naszą stronę i z nadzieją czekałam, aż nas wyprosi.
Motorniczy natomiast przeszedł obok, jakby nas nie widział. Zebrałam się w końcu na odwagę i zaczęłam go wołać, ale on tylko odwrócił głowę, zupełnie jak ludzie, kiedy wsiadałam do tego przeklętego tramwaju. Momentalnie dostałam w pysk :(
,, Pani siedzi k... cicho. Ja pier... ku... te baby, zawsze z nimi jakiś problem. "
Ze mną jest problem? To on ma ze sobą problem! >:-( A uważałam go za tak miłego, młodego człowieka.
Tramwaj po jakimś czasie wrócił na trasę, ale nie zabierał już pasażerów. Zrobiło się trochę mrocznie. Znowu bałam się odezwać, żeby nie dostać po mordzie. Dojechaliśmy do tej zajezdni, gdzie jest myjnia tramwajów. Gdzie oni mnie wiozą? Czego ode mnie chcą? Dlaczego ja?
Wjechaliśmy na myjnię i wszystko stało się jasne. Zakapturzony chłopak, którego twarzy przez cały ten czas nie mogłam dostrzec, zaczął mówić:
,,Raz w roku sprowadzamy ciężarne kobiety jeżdżące komunikacją miejską z różnych miast, by złożyć w ofierze ich dziecko. Ten rytułał zapewnia mi wieczną młodość, ale tym szczegółem nie musi się Pani interesować. A teraz proszę ze mną."
Chłopak chwycił mnie za ramię i próbował podnieść. Próbowałam się uwolnić z jego uścisku, szarpałam się... Ten psychopata chciał odebrać mi dziecko! :o W całej tej szarpaninie NAGLE zerwałam kaptur z jego głowy i ujrzałam twarz Krzysztofa Ibisza. Ibisz, wykorzystując moje zszokowanie, wyjebał mi tak mocno, że straciłam przytomność.
Obudziłam się w szpitalu. Lekarz wyjaśnił, że znaleziono mnie nieprzytomną na zajezdni i że prawdopodobnie w wyniku ciężkiego, przewlekłego stresu poroniłam. :( Byłam w śpiączce kilka dni. Coś mi jednak nie pasowało. Próbowałam sobie przypomnieć słowa tamtego chłopaka... Nie, Krzysztofa Ibisza. Byłam pewna, że nie poroniłam. Lecz tak jak się spodziewałam, nikt nie chciał mi uwierzyć, nawet mój mąż.
Drogi chłopcze w kapturze, który zauważyłeś mój ciążowy brzuch w tramwaju. Ty je... skur..., oddaj mi dziecko. :-( Wiem kim jesteś. I niech będzie to ostrzeżenie dla wszystkich ciężarnych. Nigdy nie dajcie sobie ustąpić miejsca w tramwaju!!!
submitted by czarna_sarna to Polska [link] [comments]


2019.07.28 12:21 newbieadam Callouty i szybka refleksja

Siema, od jakiegoś czasu zauważyłem duży napływ osób na tym subreddicie i ogólnie w polskim community freps. Nie miałbym nic przeciwko gdyby osoby te w większości nie były debilami. Kiedyś gdy się coś sprzedawało, kupujący pytał się o flawsy, qc itp. Dzisiaj kiedy wystawiam item dostaje 10 wiadomości od gangu Słonki z pytaniami typu, "to jest 1:1 nie?" "przechodzi lc?". Gdy wchodzę na fb codziennie widzę LC na jakiś itemek sprzedawany tutaj przeze mnie albo kogoś innego. Aktualnie (przynajmniej w moim przypadku i moich kolegów) sprzedaż itemów jest praktycznie niemożliwa bo jeśli coś nie przejdzie lc, to większość osób tego nie kupi. Nowe osoby muszą zrozumieć, że mało jest takich itemów które nie będą się niczym różnić względem oryginału.
  1. u/Zdzichu112233
http://imgur.com/gallery/ABD8gKS
napisał do mnie na fb z pytaniami o bluze bogo, zapytał się czy przejdzie lc itp. Pisał do osób z którymi robiłem deala, żeby upewnić się że jestem legit, wstawił qc na ten subreddit żeby sprawdzić czy bluza jest git. Po całym dniu negocjacji na pytanie czy bierze odpisał "raczej nie" XD. Spoko, rozmyślił się, zdarza się. Wchodzę wczoraj na fb i widzę LC na mojego teesa, dodany przez niego xD Spoko, chłopak chciał sprawdzić czy jest git. Patrzę wczoraj na subreddita i widzę, że ten sam typ, pod każdym postem zadaje pytania, GDZIE TO KUPIE CZYM NAJLEPIEJ WYSYŁAĆ, mimo że admin odpowiedział mu już 2 razy.
2) u/AdamHunter12
https://imgur.com/a/jzumHPf
Mój ulubieniec xD Napisał do mnie również w sprawie tego nieszczęsnego bogo, zadał pytanie czy jest 1:1, napisałem że jest najlepsze jakie dostanie w Chinach. Przy ogłoszeniu miałem jakieś 10 zdjęć tej bluzy, jednak Adam poprosił mnie o kolejne, wysłałem mu co chciał. Napisał mi że następnego dnia rano dogadamy deala, więc mu ją zarezerwowałem. Następnego dnia stwierdził, że washtag się nie zgadza, bo powinno być 90% cotton (tylko w szarych bluzach od supa tak jest) próbowałem mu to uświadomić, jednak niestety się nie dało. Potem poprosił mnie o kolejne zdjęcia kodu produkcyjnego z tyłu metki, bo stwierdził, że jest za daleko. Napisałem mu, że ewidentnie chce wrzucić te bluze na grupki bo żadna osoba nie przejmowałaby się małym napisem z tyłu metk,i który jest za daleko o 2mm. Odpisał "znajomi mi checkuja wszystko" xD Na tego pana straciłem jakieś 2 dni, wyslałem mu chyba z 30 zdjęć xD

3) u/Verona29 Przeczytajcie całą konwersacje bo warto! xD
https://imgur.com/a/Br0BFqx
Na tego typa już chyba brak mi słów xD

Bardzo dobrze rozumiem, że każdy kiedyś był zielony w tym temacie, ale nie przypominam sobie żebym spamił pod każdym postem, czym najlepiej wysłać paczke, gdzie kupić buty, mimo że dostałem kilka razy odpowiedź i nawet link do poradnika. To samo tyczy sie tych typów z góry, ewidentnie chcieli wrzucić te rzeczy na grupki więc gdy zobaczyli że coś nie przejdzie lc walneli flejka. Miałem więcej takich przypadków, ale szkoda mi marnować czasu na jeszcze obszerniejsze rozpisywanie się, więc mam nadzieję że te 3 przykłady pokażą wam o co mi chodzi. Proponuję zmiane subreddita na prywatny, bo niegdyś fajne community zamienia się w coś gorszego niż polskie grupki.
submitted by newbieadam to FashionRepsPolska [link] [comments]


2017.08.09 12:38 Pan_Tofel Spotkanie moje ze Sraco Hemingwayem

Drodzy moi, nie minie rok czasu jak jechałem nad polskie piękne Mazury pociągiem relacji Katowice-Suwałki, to miały być złote wakacje, grill jedzony do późna, pity zimny harnaś z wody, spływ wąskimi rzeczkami wykonany kajakami, żyć nie umierać, ale niestety, traf chciał że w pociągu spotkałem polskiego pisarza piosenek i wykonawcę Taco Hemingwaya. Teraz otrząsam się z obrzydzenia i strachu kiedy opisuję wam po raz pierwszy spotkanie z tym Wąsatym Zajebańcem. A było to tak: Ósmego czerwca słońce piekło i prażyło ostro, aż skóra skwierczy. Czekam na peronie. Opóźniony pociąg TLK, stara konserwa, wreszcie wtacza się na stację. Do tej pory na peronie byliśmy tylko ja, typowy No-name tudzież random i stary dziad pijaczyna z czerwono mordo. I ten dziad szedł za mną do pociągu co właśnie nadjechał, przebierając tak jakoś śmiesznie nogami, jakby zaraz miał się wyjebać. Nagle podniósł znacząco rękę i szarpnął mnie za ramię, żebym się nachylił. Nachyliłem się, a on do mnie że niektórzy jeżdżą pendolino, a my spierdolino. Spierdolino, czaisz? Ciągnął się za mną jak smród po gaciach, zgubiłem go dopiero gdzieś w trzecim wagonie przez które przebiegałem jak najszybciej żeby zerwać się z łańcucha smrodu co mnie pętał. Rozpędzony wpadłem do przedziału. Mój wybór padł na ten pośrodku wagonu, bo po jednej i drugiej stronie siedzieli kibole, pewnie z jakiegoś meczu ekstraklasy, i gdy jeden przedział wołał Arka Gdynia, drugi odpowiadał zgodnym i zdecydowanym głosem Kurwa Świnia, jak harcerze. Arka Gdynia – Popłuczyna. I te pe. Ryczeli tak całą drogę i co rusz szykowałem się na wklepę. Wchodzę więc do przedziału gdzie uchylone okno wieje smutkiem, pomiędzy nie a framugę włożono butelkę plastikową Cisowianka żeby się nie zamknęło i trzeszczy kiedy wiatr mocniej dmie i huka. Pod oknem, z nogą założoną na nogę, siedział chłopak w koszuli z wąsem i włosami na paście stylizacyjnej ułożonymi, w którym poznałem właśnie skądinąd znanego polskiego raperzystę Taco. Dość onieśmielony tym dziwnym spotkaniem na Śląsku i celebrycką łuną, która zdawała się z niego emanować jak aureola, kiwnąłem mu tylko głową i siadłem w kącie po przeciwnej stronie. Nawet mi nie odpowiedział na skinienie, tylko dalej siedział jak posąg. A tak cię lubiłem, pomyślałem sobie. A może nie dostrzegł? Chrząknąłem więc i powiedziałem elo trzy dwa zero, na co on podniósł jednak rękę. Tu się zdziwiłem, bo na palcach miał liczne pierścienie, sygnety, kastety złote i srebrne, którymi musieli mu płacić sołtysi polskich wsi i miast, urządzający na swojej ziemi festyny z laną Warką i mordobiciem, a że trzeba czymś przyprawić prowincjonalne rozrywki, sprowadza się warszawskiego gwiazdora rapu Taco Hemingwaya aby popurkał coś sobie do mikrofonu. Z tych Hemingwayów? Tak, hehe mordo. Zaskoczony, cicho go sonduję czy jest to rzeczywiście Taco H. W Internetach znajduję jego zdjęcie i porównuję, stwierdzając z satysfakcją że to na pewno jednak on, siedzi tu przede mną taki sam jak na zdjęciach. Wyjątkowej okazji nie mogę przepuścić, ale co robić? Dwadzieścia minut jedziemy tak w milczeniu, on prawie nieruchomo, nad głową chybocze mu się walizka. Ja już nawet myślę, że fajnie jakby spadła, byłoby o czym zagaić. Ale nie leci. Zdesperowany, w akcie spontanticznej zabawy puszczam sobie na słuchawkach sławną piosenkę Sześć zer, której autorem jest mój współpasażer Taco i niby to przypadkiem - „sześć zer, chciałbym kiedyś zrobić sześć” - nucę pod nosem raz ciszej, raz gorzej, bo szczerze, nie jestem aż takim fanem żeby w całości znać tekst xD Na nic jednak moje wysiłki. Odpinam więc słuchawki i trzymając telefon na wysokości klatki piersiowej pozwalam żeby telefon śpiewał głośno na cały przedział Sześć zer, aż w uchu dudni. Taco jednak nie reaguje. Głuchy, czy co? No bez przesady. Wstaję i siadam obok niego tyłem do kierunku jazdy i podstawiam mu telefon pod twarz. Co pan, zwariowałeś? pyta. Żryj. Żryj muzę chcę powiedzieć, zamiast tego pytam grzecznie: Pan jest może Takiem Hemingwayem? Taco zastanawia się i mówi: Nie. Jestem kuzynem Taco, ludzie często nas mylą na ulicy. Nazywam się Srako. Srako Hemingway. Aha – mówię, tracąc sympatię. To aż dziwne że ludzie tak mogą być do siebie podobni. Niezainteresowany, wracam na swoje miejsce, nie będę typa gnębić, bo i po co? Chociaż sprawa wydaje mi się śmierdzieć. Jem bułkę z jajkiem xD i paluszki. Po jakiejś godzinie w wagonie zaczyna straszliwie jebać, jakby ktoś napierdział tu bez krępacji po spożyciu czegoś straszliwego. Ale jeśli nie ja, to kto? Spoglądam na Srako i widzę, że się poci i z trudem na mnie nie patrzy. Obserwuję go kątem oka. Po pół godzinie dramat. Smród znowu jakby szambo wybiło. Srako poprawia się na siedzeniu, podnosi nogę, przekłada, a spod niego wylewa się coś ciekłego w czym z dużym niesmakiem rozpoznaję chyba rzadkie gówno, cieknie po siedzeniu i jasnych Levisach opinających mu brudną dupę. Ty, zesrałeś się? – pytam. Ja? pyta. Tak, ty. Nie, chyba zwariowałeś – mówi obrażony. Ale cóż z tego co mówi jak gówno dalej z niego cieknie niczym z zaworu, wypełniając mi nos smrodem a serce przerażeniem. Idź do kibla, nalegam. On, uparty, puka się tylko w czoło jakby nie było żadnego problemu. Jedziemy więc dalej, w podróży, ja, Srako i sraka Srako. I wtedy dopiero, po tym obesraniu się Hemingwaya, zaczęło się całe piekło. Przy akompaniamencie Arki Gdyni Kurwy Świni do przedziału wdarł się pijaczyn z Katowic, ten sam który ze mną wsiadał. A witam, dobry wieczór powiedział i wyciąga do nas ręce. Sraco Hemingway – przedstawił się Sraco, wahając się chwilę. Mężczyzna mu się przypatrzył uważnie. Monaco Lemingway – powiedział ściskając mu rękę i siadł z nami w przedziale. Combo smrodu stało się nieznośne, płakałem, cicho płakałem prawdę mówiąc. I łykałem sam nie powiem już co, napomknę tylko że cofało mnie straszliwie i gwałtownie, krucafiks. Pan Monaco wyjął z tylniej kieszeni portek brudne karty i uśmiechnął się dziurawo klawiaturo. To co? Partyjkę zagramy może panowie? Przy kartach czas szybciej leci. hehe. Rozdał i zaczęliśmy grę. Partię rozpoczął obesraniec Sraco, ale z jakimiś mazowieckimi zasadami. Waleczne rzucał na moje waleczne nie do koloru? Damy obronne tudzież?? Pojebało??? Nie mogliśmy się ogarnąć, no i co i rusz kłótnie i brednie wybuchały w przedziale o słuszność i moralność zasad. Panowie, uspokajał dziad, panowie hehe, no to mamy partyjkę pierwszą za sobą. Nudno wam pewnie? Może zagramy na wyzwania, co? Przegrany musi wykonać jedno zadanie, które ustalą dwaj pozostali. Zgodziliśmy się, ja mało chętnie, ale i tak zostałbym przegłosowany. I jak na złość musiałem przegrać, gdybyśmy tylko nie grali jak ten jebany Sraco sobie życzył, cwel rzucał czwórki na trójki, a Monaco się za mną nie wstawiał, szkoda nawet strzępić ryja… teraz wykaraskać się musiałem z opresji, nad którymi właśnie dla mnie pracowali. Co by tu, co by tu… zastanawiał się dziad. Wiem, powiedział. Pójdziesz do przedziału obok i zaśpiewasz siedzącym tam osobom piosenkę. Piosenkę? – pytam. – Jaką? Dotychczas milczący Sraco odchrząknął. – O gównie. – O gównie? – Dokładnie. O gównie. Spojrzałem mu w oczy, a wtedy on spruł się potężnie, nie zrywając kontaktu wzrokowego. Było w tym coś seksualnego, co wypędziło mnie za drzwi. Stanąłem przed przedziałem dresiarzy, wcześniej napisałem bratowi „żegnaj okrutny świecie xD”. Cicho pomyślałem sobie w głowie pewien rytm i tekst do niego. Sraco i Monaco wychyleni lekko przez szparę w drzwiach szturchali mnie w plecy rękami pośpieszając. Otworzyłem drzwi, dwudziestu chłopa patrzy na mnie jak z celi, a ja otwieram usta i śpiewam im, co miałem zaśpiewać, rytmicznie i z emocją: „Twoja dupa pachnie jak gówno akacji Smród na pontonie, smród na pontonie Twoja dupa pachnie jak sraka z kolacji Smród na pontonie, smród na pontonie Twoja cipa pachnie jak kuter rybacki Smród na pontonie, smród na pontonie” Kibole patrzą na mnie. Patrzą na mnie srogo i długo. Ja z dłonią spoconą na klamce i pacierzem w ustach, na dygocących nogach. Nagle jeden z nich kiwnął głową i jakby z namysłem, spokojnie powiedział „smród na pontonie…? Smród na pontonie…”. Inny spróbował mojej piosenki jakby wziął ją na język: „smród na pontonie… tak. Smród”. „Gówno akacji, mhm…” – szepnął jakby do siebie inny. „Twoja dupa pachnie... pachnie… tak… słusznie… słusznie. Całkiem słusznie…”. „Smród na pontonie, smród na pontonie” powtórzyli. I tak kiwali głowami już wszyscy w przedziale, jak na kazaniu, naprawdę dogłębnie i do serca dotknięci moją śpiewką, przekrzykując się cytatami z niej. Wkrótce zaczęli inkantować głośno mój tekst. Jechaliśmy przez ciemność, a oni śpiewali co powiedziałem: „twoja dupa pachnie jak sraka z kolacji, smród na pontonie, smród na pontonie”, lewa strona zaczynała, druga jej odpowiadała, i wtedy chyba przyszło do głowy temu Sraco, że chwytliwa rzecz padła właśnie w pociągu z moich ust, nośna co najmniej jak Kurwa Świnia, a to już, jak wiemy, sprawa niemała. Mam po prawdzie poważne powody żeby przypuszczać że nie był to jednak Sraco Hemingway tylko sam Taco Hemingway, który podróżował z nami tego dnia Incognito i wysiadł dopiero w Ełku i tego samego lata nagrał moją piosenkę Deszcz na betonie, podkręcając tylko lekko tekst i zyskując sławę na cały kraj. Ja sam dojechałem na Mazury, cały tydzień padało i komary kąsały. Nic z tego nie miałem oprócz bólu dupy.
submitted by Pan_Tofel to Polska [link] [comments]


2017.06.25 03:02 shydude92 Różnice kulturowe między Polską a Ameryką Północną. Pojęcie creepa

Jako osoba mieszkająca w Kanadzie od 9 roku życia, czyli nieco ponad 15 lat, czuję się upoważniony do wypowiedzenia się w tej kwestii ponieważ są pewne różnice kulturowe które wręcz rzucają się w oczy na co dzień, a Polacy którzy nigdy nie mieszkali przez dłuższy czas za granicą w anglojęzycznym kraju mogą o nich nie wiedzieć, nawet ci posiadający biegłą znajomość języka angielskiego, ponieważ w gruncie rzeczy co kraj to obyczaj i dopóki się nie zamieszka w danym kraju, tak naprawdę nie wie się jak to do końca jest. Oczywiście, uznaję że po tylu latach za granicą ja sam straciłem trochę kontakt z ojczyzną i choć ubolewam nad tym i próbuję jeździć do Polski conajmniej raz do roku, to faktycznie świat się zmienia w błyskawicznym tempie i trzeba być ciągle na miejscu żeby wiedzieć co tak naprawdę się dzieje, a więc niektóre rzeczy które powiem mogą nie do końca się zgadzać z rzeczywistością ale i tak powiem, jak ja to pojmuje. Dobra, koniec rozpisywania się, przechodzimy do rzeczy. Oto te rzeczy, które ja uważam za największe różnice kulturowe między Polską a Kanadą, czy Ameryką Północną ogółem:
Chciałem podać dużo więcej różnic ale punkt 3 zajął za dużo miejsca. To jest właśnie ten punkt o byciu "creepy" który uważam za główny temat tego postu. Pewnie za parę dni jak będę miał wolną chwilę napisze jeszcze jeden post gdzie wymienię i opiszę pozostałe różnice, ponieważ mam ich siedem.
  1. Zwroty grzecznosciowe
W Polsce wiadomo, mamy zwyczaj mówienia do osób obcych, starszych wiekiem, lub o wyższej pozycji społecznej per Pan/Pani i mówienie komuś per ty w takim kontekście jest zdecydowanie odradzane. W najlepszym przypadku, gdy się tak komuś powie zostanie to uznane za poważną gafę a w najgorszym może się ukończyć utratą pracy czy pięścią w zęby. W Kanadzie i USA natomiast mówienie per ty jest powszechne--istnieje tylko jeden zaimek you którego się używa odnosząc się do młodszych, starszych, dzieci, nieznajomych itd. Też jest prawdą to, że z nieomal wszystkimi jest się po imieniu, choć są wyjątki. Po tytule się zwracamy najczęściej do osób o wysokim statusie społecznym, np lekarzy, prawników, księży, itp. Jeżeli pracujesz w dużej firmie, ze swoim przełożonym będziesz na pewno po imieniu, jednak gdyby przyjechał szef całego zakładu, prawdopodobnie byś mu mówił Mr. X dopóki by ci nie pozwolił mówić mu po imieniu. Druga rzecz o której warto pamiętać jest to, że mówienie komuś po imieniu wcale nie oznacza że jest to bliżej poznana osoba, więc nie zawsze należy oczekiwać od niej zbyt wiele. Na przykład kiedy byłem na pierwszym roku studiów miałem profesora o imieniu Maciej który chciał aby studenci mówili mu po imieniu. To stworzyło kuriozalną sytuację, ponieważ kiedy mówiłem do niego w języku angielskim zawsze mówiłem Maciek ale po polsku zawsze mówiłem mu per pan ponieważ tak wypadało, i jemu to tez specjalnie nie przeszkadzało
  1. Nastawienie do seksu
Polacy ogólnie są dość konserwatywni w sprawach seksualnych. Oczywiście nie jesteśmy świętymi, i większość z nas wcale nie czeka do ślubu na ten "pierwszy raz" ale ogólnie mamy małą liczbę partnerów seksualnych na tle innych krajów i przelotne znajomości oparte tylko i wyłącznie na seksie ogólnie nie są nam na rękę. W Ameryce Północnej sprawy wyglądają zupełnie inaczej--na kampusach uniwersyteckich popularne są układy FWB (friends with benefits) gdzie dwoje (albo dwie lub dwóch w przypadku gejów i lezbijek) ludzi sypia ze sobą, choć wcale nie są w poważnym związku i ich kontakty oprócz seksu mogą nawet być dość minimalne. W ramach tego układu mogą się ciagle uważać za singli choć cały czas prowadzą aktywne życie seksualne. Wśród najpopularniejszych portali randkowych są takie nazwy jak Tinder czy OKCupid, które jednoznacznie kojarzą się z szybkim, przygodnym seksem bez specjalnych zobowiązań. Nie ma też faux pas poprosić laskę o seks na pierwszym spotkaniu lub po bardzo krótkiej znajomosci, ale jeżeli odmówi to absolutnie, w żadnym wypadku, nie należy być nachalnym i prosić o więcej niż jest chętna ci dać w danym momencie, co mnie prowadzi do trzeciego punktu.
  1. Bycie "creepy"
Wielu Polaków, nawet wśród tych co mają biegłą znajomość języka angielskiego, nie do końca rozumie znaczenie tego słowa, ponieważ to pojęcie jest nam trochę kulturowo obce. Przypuszczam że większość polskich Redditorów rozumie to pojęcie dość dobrze, jednak polski Reddit nie stanowi moim zdaniem reprezentacyjnej próbki polskiego społeczeństwa.
A więc co to znaczy "creepy"? To słowo może mieć wiele znaczeń w zależności od kontekstu. Creepy mogą być na przykład duchy Halloweenowe ponieważ budzą w ludziach pewien strach, lęk czy niepokój. To znaczenie tego słowa jest ogólnie dość dobrze rozumiane przez większość Polaków znających angielski ponieważ odpowiada naszym własnym uczuciom i oczekiwaniom, jednak w sferze seksualnej ma nieco inne, obce nam znaczenie.
Dziewczyny, czy spotkałyście chociaż raz w życiu faceta który bardzo nachalnie zabiegał o wasze uczucia i nie potrafił zaakceptować że jego sympatia nie była odwzajemniona. Koleś ten nie akceptował wyraźnych zastrzeżeń które miałyście wobec niego, opowiadał seksualne dowcipy w pracy na wasz temat, mógł was nawet śledzić, idąc za wami do domu, patrząc pod wasze spódnice itp. Z czasem rozwinął wam się lek wobec tego faceta, czy nawet strach ponieważ najwyraźniej nie akceptował waszej odmowy, wiec zaczęłyście się bać, że wcześniej czy później weźmie sprawy we własne ręce aby dostać to, czego chce. Mówiąc wprost: bałyście się, że was zgwałci.
Oczywiście w takich przypadkach, lęk przed gwałtem jest jak najbardziej uzasadniony, i gdybyś się zapytał przeciętnej Amerykanki jaki jest typowy creep to właśnie wymieniłaby takiego faceta. A więc jak dotąd nie ma specjalnej rozbieżności pomiędzy amerykańską a polską koncepcją creep'a. Jednak teoria różni się czasami od praktyki no i tu zaczynają się schody.
Facet który jest ultranachalny na nieodwzajemnione uczucia zawsze będzie creep'em, jednak czasami łatka ta może być przypisana nieomal każdemu facetowi który wyrazi jakiekolwiek nieodwzajemnione zainteresowanie daną kobietą. Najczęściej facet po prostu nie podoba się danej kobiecie, ale częstokroć faceci otrzymujący łatkę creepa są ogólnie nieatrakcyjni, grubi, biedni, lub nieposiadający zbyt wysokiej pozycji społecznej. Wielu młodych Amerykanów uważa że bycie creepem jest jedną z najgorszych rzeczy jaka im się może przydarzyć, i faceci dwoją się i troją aby nie być postrzegani w ten sposób. Powodów jest wiele; wielu facetów uważa bycie creepem za absolutny dowód o ich nieatrakcyjności, najczęściej fizycznej. Jeśli wyjdziesz na ulice jednego z amerykańskich miast i zaczniesz pytać przypadkowych facetów co w ich odczuciu znaczy creep nierzadko spotkasz się z opinią że creep to jest po prostu każdy facet który jest w jakiś sposób nieatrakcyjny. Za niski, za gruby, bez urody, lub posiadający jakąś inną wadę która go automatycznie dyskwalifikuje w oczach większości kobiet, a nie tylko tej jednej która go tak nazwała. Po drugie, faceci uznawani za creepów często spotykają się z poważnymi konsekwencjami, wynikającymi z tego że ta dziewczyna która danego faceta nazwała creep'em uważa go de facto za potencjalnego gwałciciela. W niektórych przypadkach, w zależności od jurysdykcji i dokładnego zachowania, dziewczyna może iść na policję i facet usłyszy zarzut molestowania na tle seksualnym, co jak wiadomo może się dla niego bardzo źle skończyć. Jeżeli do najścia dojdzie w pracy, dziewczyna może się poskarżyć do szefa i facet zostanie zdyscyplinowany albo nawet straci prace. Definicja sexual harassment jest ogólnie tak skonstruowana, że to co stanowi harassment jest tylko i wyłącznie decyzją kobiety. Aczkolwiek że doszło do naruszenia prawa może być rzeczą trudną do udowodnienia w sądzie (z uwagi na reasonable doubt) to w pracy samo przypuszczenie lub nawet skarga kobiety może doprowadzić do sytuacji gdzie pracownik otrzyma wypowiedzenie umowy. W zasadzie stworzyło to klimat strachu wśród młodych, nieżonatych mężczyzn, nie posiadających najczęściej ani specjalnej urody ani dużego portfela, że samo podejście do dziewczyny i powiedzenie "Hi" może się skończyć z fatalnymi dla nich skutkami. I takie obawy wcale nie są nieuzasadnione. Na amerykańskich uczelniach zdarzały się już przypadki gdzie student dostał policyjny zakaz zbliżania się do pewnej kobiety a w jednym przypadku nawet został wydalony z uczelni, dlatego że...patrzył się na dziewczynę w trakcie wykładu, nie wypowiedziawszy nawet słowa, a ona natychmiast poczuła się zagrożona i wniosła skargę. Z tego powodu wielu mężczyzn się wręcz boi podrywu. Boją się podrywać w kawiarniach, w autobusie, w tramwaju, a w pracy to już w ogóle. Jednym słowem, opłakany stan rzeczy.
Oczywiście w Polsce brzydcy i biedni mężczyźni też nie cieszą się specjalnym powodzeniem, i często słyszy się opinie że tylko wygląd i portfel się liczą, jednak w zasadzie to szaleństwo jeszcze do nas nie doszło, przynajmniej nie w tym stopniu. Faceci nie boją się najczęściej podrywać random'owych kobiet na ulicy z myślą że wszyscy dookoła, wraz z samą kobietą ich będą traktować jak potencjalnych kryminalistów i niedoszłych gwałcicieli. Właśnie miesiąc temu byłem w Katowicach i często w autobusach i tramwajach widziałem jak dany chłopak siadał obok dziewczyny którą dopiero co spotkał, i zaczęli ze sobą spontanicznie rozmawiać. A jeśli facet nie jest jej do gustu to dziewczyna co najwyżej mu powie "spie.rdalaj, zj.ebku" i na tym się najczęściej skończy. Nie jest to przyjemne doświadczenie, ale jest przynajmniej jakaś normalność w tym, a nie takie szaleństwo jakie sie widzi za oceanem. W Kanadzie, takie sceny gdzie chłopak podrywa obcą dziewczynę przez tzw cold approach zdarzają się bardzo, ale to bardzo rzadko, właśnie z tego powodu. Może jeżeli jest jakimś ciacho albo milionerem to tak, ale inaczej to nie. Niestety obawiam się że i my w końcu zostaniemy na to skazani. Powodów jest kilka; po pierwsze rośnie awareness o gwałcie w polskich mediach i o skali tego zjawiska. Z jednej strony to dobrze, bo kobiety będą się mogły lepiej bronić i zabezpieczać przed tymi prawdziwymi zboczeńcami, jednak efekt uboczny tego będzie taki że cała naturalna spontaniczność podrywu zostanie w efekcie zniszczona. Nie wiem, czy jest więcej gwałtów w USA niż w Polsce, ale na pewno jest bardzo wysoka świadomość o "kulturze gwałtu" i szacuje się że do 25 roku życia nawet co czwarta kobieta mieszkająca w USA zostanie zgwałcona. Jednak pomimo wielkiej skali zjawiska ponad 90 proc. gwałtów nie jest nawet zgłaszanych a z tych co są, niewiele kończy się wyrokiem dla gwałciciela. Kobiety czują że gwałciciele uchodzą bezkarnie, co tylko potęguje ich lęk i niestety najbardziej uderza to w brzydkich i biednych mężczyzn którzy najczęściej wcale nie są gwałcicielami. W Polsce jest podobna sytuacja. Nie wiemy jeszcze dokładnie ile kobiet zostało zgwałconych ale konsensus wydaje się być że ta liczba jest na pewno wyższa niż się wcześniej można było spodziewać, i też większość gwałtów nie kończy się wyrokiem dla sprawcy, więc niestety mamy dość podobną sytuację do Amerykanów co z czasem obawiam się doprowadzi do podobnego zjawiska w Polsce. Po drugie, coraz więcej dużych firm z tysiącami pracowników otwiera biura w Polsce i wraz z pracą i dobrą pensją przywożą też ze sobą zasady amerykańskiej kultury biznesowej. W arenie pracy takie przypadki już się na pewno i teraz zdarzają, jednak nie wsiąkło to jeszcze do ogólnej świadomości społeczeństwa, lecz obawiam się, że z czasem będzie tylko gorzej. Mam nadzieję tylko że nie podążymy całkowicie za USA i Kanadą w tej dziedzinie i że podryw nie będzie automatycznie traktowany jak niebezpieczna sytuacja czy potencjalny gwałt.
A więc to wszystko co mam do powiedzenia na razie, jest jeszcze kilka innych różnic kulturowych do których się chciałem odnieść no ale teraz to wszystko bo ten post jest i tak bardzo długi. Może za pare dni napisze Part 2. Czekam na wasze opinie w komentarzach.
submitted by shydude92 to Polska [link] [comments]


2017.03.31 14:32 Bojack--Horseman Pewnego razu w stulejowym lesie, pewien chłopiec chciał wziąć sobie za żonę piękną dziewczynę. Cała historia pięknie sie skończyła.

Pewnego razu był sobie chłopak, który zapytał dziewczynę: - wyjdziesz za mnie ? A ona odpowiedziała: - NIE
Od tego czasu chłopak żył długo i szczęśliwie. Jeździł na motocyklu, chodził na ryby, na polowania. Pił dużo piwa i wódki, miał kasę w banku, mógł zostawiać podniesioną deskę w kiblu i pierdzieć gdzie tylko chciał. KONIEC
from hir: http://www.sadistic.pl/basn-vt373706.htm
submitted by Bojack--Horseman to Polska [link] [comments]


2017.01.24 18:24 ChrisGo123 Podcasty

Chciałem podyskutować z Wami na temat podcastów, czy macie jakieś swoje ulubione, może coś wartego polecenia? Ich temat jest jak najbardziej dowolny, śmiało dzielcie się znaleziskami. Język oczywiście może stanowić jakąś barierę, ale warto pokazać co was interesuje, może trafi się ktoś inny kogo uda wam się w słuchanie wciągnąć. Jeśli podane przez użytkowników propozycję Cię nie interesują warto jest pytać, jest szansa że ktoś miał styczność z tym co może Cię zainteresować. Polskie podcasty mile widziane.
Na wstępie warto wytłumaczyć, ktoś może nie wiedzieć. Podcast to internetowa publikacja dźwiękowa lub filmowa, najczęściej dzielona na regularnie udostępniane odcinki.
Niedawno skończyłem słuchać podcastu zatytułowanego Serial (jeśli ktoś już się na to natknął zachęcam do sprawdzenia /serialpodcast, kilka fanowskich teorii czy rozwinięć do materiałów jest całkiem ciekawych), dzieli się on na dwa sezony. Opisu sezonów poniżej nie musicie czytać, to przetłumaczony i lekko przeredagowany zarys ze strony wspomnianego podcastu, dalej jednak podałem dwa duże plusy jakie niesie ze sobą słuchanie podcastów. Jako że jestem nikim, może to nikogo nie obchodzić, ale zawsze warto podjąć jakąś dyskusję do czego mocno zachęcam.
Pierwszy, składający się z 12 odcinków, skupia się na analizie wielu niewiadomych dotyczących zabójstwa Hae Min Lee, nastolatki z Baltimore, w 1999 r. Za to przestępstwo skazany został na dożywocie jej były chłopak - Adnan Syed. Nastolatek został uznany za winnego w dużej mierze dzięki zeznaniom Jay'a - jego przyjaciela. Adnan jednak nie przyznał się do winy, twierdząc że nie ma nic wspólnego z zabójstwem Hae. Sarah Koenig, Amerykańska dziennikarka, wraz ze swoim zespołem pracuje nad analizą tego czy Adnan faktycznie powinien być w więzieniu. W każdym odcinku przedstawia nowo pozyskane materiały, rozmowy z rówieśnikami i bliskimi nastolatków, które dostarczają kolejnych niewiadomych.
Drugi sezon, składający się z 11 odcinków, opowiada historię Bowe'a Bergdahla, Amerykańskiego żołnierza, przetrzymywanego przez 5 lat w Afganistanie i Pakistanie przez sprzyjającą Talibom grupę. Bowe przez wielu uważany jest za zdrajcę, dezertera, za co zostały postawione mu zarzuty - grozi mu dożywocie, są jednak tacy którzy ze względu na różne okoliczności uważają że jego zachowanie jest zrozumiałe. Poza wieloma opowieściami Amerykanina przekazywane są nam również rozmowy z jego kolegami z brygady. Bowe przyznaje, że sam opuścił bazę wojskową, zrobił to z premedytacją, jednak jego planem nie była kolaboracja. Chciał rzucić światło na inny problem istniejący w armii.
KONIEC OPISU
W tym wypadku każdy odcinek trwa ok. 45-60 minut, inne podcasty mogą być znacznie krótsze lub dłuższe, wszystko zależy od ich prowadzącego.
Moim zdaniem naprawdę warto, większość nagrań przesłuchałem w trakcie podróży samochodem/tramwajem/pociągiem, także podczas pracy i grania w różne gierki - jest to dobry zapychacz na potencjalnie stracony czas. Zamiast czytać kolejne pytania i ich odpowiedzi na /askreddit z ogromną przyjemnością słuchałem intrygującej opowieści dziennikarki.
Największym plusem jest dla mnie (niestety jednostronny w tym przyypadku) kontakt z językiem angielskim. To czego uczą w szkole czy na kursach nijak się ma do wywiadów jakich można słuchać w radiu.
Gorąco polecam, jeśli nie ten to inny - Was interesujący, podcast. Można podszkolić język i spędzić potencjalnie marnowany czas na czymś ciekawym.
submitted by ChrisGo123 to Polska [link] [comments]


2016.11.07 18:42 ben13022 Jak wstąpiłam do ONR [Duży Format]

„Będę czekał na Panią w południe przed wejściem do kawiarni Cafe Misja. Sprawą stolika i rezerwacją zajmę się osobiście” – pisze do mnie w czerwcu Jacek Rajewski z ONR w Poznaniu. Wysłałam wcześniej odpowiedź na ankietę rekrutacyjną: że chcę walczyć o wartości narodowe i katolickie – Bóg, Honor, Ojczyzna, że pradziadek działał w Stronnictwie Narodowym pod przewodnictwem Romana Dmowskiego, że prababcia pochylała się nad żywotami świętych.
Rekrutacja Przed poznańską kawiarnią widzę chłopaka w koszulce, włosy ścięte krótko przy głowie, uśmiecha się do mnie. Przyszedł na spotkanie z książką Jana Mosdorfa, przywódcy ONR w okresie międzywojennym, autora deklaracji ideowej ONR, antysemity.
– Jakie masz plany względem organizacji? – pyta, gdy siadamy przy stoliku.
– Pisałam w ankiecie – chciałabym uczyć młodych ludzi wartości patriotycznych i religijnych – głos mi drży.
– Spokojnie, nie denerwuj się – uśmiecha się.
– Śpieszyłam się, serce mi szybciej bije – biorę głęboki wdech. – Mogę prowadzić wykłady w organizacji, jestem polonistką, w rodzinie mam nauczycieli.
Uśmiecha się, ale nie odpowiada. Nie pyta o moje poglądy, ale – jak mówi – nim zostanę członkiem ONR, muszę przejść roczny staż kandydacki i zdać egzamin z lektur. Mówi o planach ONR w Poznaniu, na przykład o rozdawaniu zupy bezdomnym.
– Znasz kogoś z anarchistów? – pyta.
– Nie.
– Możemy organizować podobne akcje do nich, jak ta z zupą, czy bronić eksmitowanych lokatorów.
Opowiada z podziwem o nacjonaliście rumuńskim Corneliu Zelei Codreanu (antysemita, założyciel Żelaznej Gwardii, partii faszystowskiej. Jego portret zobaczę później w krakowskiej siedzibie ONR), jak edukował chłopów na rumuńskich wsiach. Mam wrażenie, że Rajewski mówi do mnie, jakby monologował.
Ma 24 lata, studiuje bezpieczeństwo narodowe na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu (wcześniej dwa lata historii), pracuje w barze. W ONR działa w sekcji gospodarczej, handluje gazetą wydawaną przez organizację. W liceum był kibicem klubu żużlowego i tam nauczyli go patriotyzmu, np. organizowali akcje upamiętniające „żołnierzy wyklętych”, był z nimi na Marszu Niepodległości.
– Dawno nie rozmawiałem z nikim o ideach, bo z kolegami z ONR obgadujemy tylko bieżącą politykę. Teraz, w wakacje, niewiele się dzieje, ale będzie rocznica poznańskiego Czerwca 1956, odezwę się – mówi.
Dostaję regulamin stażu kandydackiego. Staż trwa rok i kończy się egzaminem z zadanych lektur. Obowiązki: mam bezwzględnie szanować innych działaczy (zwracać się do nich na zebraniach „koleżanko”, „kolego”, chyba że ktoś wyższy rangą zaproponuje przejście na ty; nie przeklinać), witać się: „Czołem (Wielkiej Polsce)”, uznać hierarchię (np. rękę wyciąga najpierw osoba wyżej postawiona i udziela głosu), przychodzić raz w tygodniu na zebrania albo zgłaszać nieobecność, nie rozmawiać z mediami na temat ONR, nie pić alkoholu przed akcjami. Jeśli złamię którąś z zasad, dostanę upomnienie. Mam na pamięć nauczyć się „Modlitwy Narodowych Sił Zbrojnych”:
Panie Boże Wszechmogący,
daj nam siłę i moc wytrwania
w walce o Polskę,
której poświęcamy nasze życie (...)
Jeszcze „Roty” i „Hymnu Młodych”, od których zaczyna się w ONR spotkania:
Złoty słońca blask dokoła,
Orzeł Biały wzlata wzwyż,
Dumne wznieśmy w górę czoła,
patrząc w Polski Znak i Krzyż (...)
Dostaję też listę lektur do egzaminu i strukturę organizacji, ale bez imion i nazwisk kierowników. Są za to sekcje: promocji, naukowo-szkoleniowa, prawna, informatyczna, kresowa i sportowa.
Nie klaszczemy Połowa czerwca. SMS od Rajewskiego: w klasztorze Dominikanów w Poznaniu jest msza święta w intencji ofiar Czerwca ’56 – „zapraszam w imieniu moich przyjaciół z ONR:). Mnie niestety nie będzie ze względu na wizytę na drugiej stronie Poznania w sprawie nowego mieszkania. Moi ludzie będą czekali za Tobą pod kościołem. Chcę, żebyś wspólnie uczestniczyła z nimi w obchodach, co Ty na to?:)”.
Cieszę się, piszę, że wspólnie przeżyjemy rocznicę.
Pod kościołem czekają trzej mężczyźni z ONR Poznań. Są w eleganckich, wyjściowych koszulach. Jest też Kinga, 22-latka, ubrana w czarny kostium, studentka. Dowodzi Mateusz Szymański, dwudziestoparolatek, ogolony na zapałkę, z zieloną opaską z symbolem falangi na ramieniu. Stajemy na dziedzińcu kościoła Dominikanów. Z głośników słychać, jak ksiądz wita prezydenta RP Andrzeja Dudę – klaszczemy. Ksiądz wita ministra finansów z PiS – klaszczemy, ministra kultury – klaszczemy, Lecha Wałęsę – nie klaszczemy, kombatantów – klaszczemy, prezydenta Poznania – nie klaszczemy, marszałka województwa z PO – nie klaszczemy, przewodniczącego rady miasta z PO – nie klaszczemy, przedstawiciela „Solidarności” – klaszczemy.
Po mszy idziemy nieopodal, na plac Mickiewicza, gdzie zaczną się obchody. Maszerujemy z kibicami Lecha, partią Kukiz, „Gazetą Polską” i Młodzieżą Wszechpolską. Ktoś skanduje: „A na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści”. My w ciszy. Palą się race, dym zasłania widok. Stajemy z ludźmi z prawicy przed ustawioną na placu sceną dla polityków. Przemawia Lech Wałęsa. Krzyczymy z tłumem: „TW »Bolek!«”. Obok, za barierkami, ludzie z KOD-u w odpowiedzi skandują: „Lech Wałęsa!”. Idziemy kilka ulic dalej, by złożyć róże pod pomnikiem poległych w powstaniu poznańskim.
– Wiem, że nie chcesz korzystać z Facebooka, jak napisałaś w ankiecie, ale powinnaś założyć jakieś konto, bo na nim omawiamy akcje – radzi mi Mateusz.
Zgadzam się z nim, choć boję się, że mnie zdemaskują, dlatego byłam w ankiecie niechętna Facebookowi. Wracam do domu, zakładam konto, już po chwili Mateusz dodaje mnie do tajnej grupy ONR Poznań. Wkrótce przyłączy do kolejnej, w której są działacze Obozu z całej Polski. Jest ich tam około siedmiuset. Kierownik główny ONR Aleksander Krejckant powie mi później, że w organizacji działa tysiąc osób. Wkrótce, w sierpniu, sekretarz Brygady Wielkopolskiej spyta, czy zajmę się korektą tekstów. Zgodzę się i zostanę dołączona do grupy ONR Wielkopolska, w której jest około 40 osób.
A gugu! Początek lipca. Odbieram telefon od Mateusza Szymańskiego. – Czołem! – mówi. – Jedziemy na grilla nad jezioro, chcesz?
– Czołem! Chętnie.
Przyjeżdżam. Znajduję ich na końcu plaży jeziora Rusałka w Poznaniu. Rozkładamy ręczniki, chłopcy rozbierają się do kąpielówek, ja w stroju. Pływamy, opalamy się. Mateusz czyta coś w telefonie.
– Szukam przepisu na ciastka. Jak przyjdę do domu, to sobie upiekę – mówi.
Obok mnie Ania. Ma 29 lat, włosy farbowane na rudo, dziewczęca uroda i flaga Polski na rękawie bluzy. Wyjmuje z wózka dwuipółmiesięczną córkę. Odsłania pierś, karmi. Podchodzi jej mąż Michał Piernicki, 24 lata, na przedramieniu tatuaż Polski Walczącej, włosy ścięte przy skórze, działacz ONR. – Idź na ławkę – nachyla się do żony i mówi trochę przerażony, ścisza głos. Pokazuje głową na miejsce oddalone o kilkanaście metrów. Żona go ignoruje. Michał czuje, że nic nie wskóra, biegnie grać w piłkę z chłopakami.
Gdy się pakujemy, chłopaki stoją nad wózkiem, Mateusz, kierownik ONR, najbliżej. – A gugugugugu... – śmieje się do dziecka.
Pielgrzymka W połowie lipca ma się odbyć I Piesza Pielgrzymka Narodowców na Jasną Górę. Mówił mi o niej Rajewski podczas rozmowy rekrutacyjnej. Pielgrzymować mają różne środowiska nacjonalistów, np. Młodzież Wszechpolska i ks. Jacek Międlar. Chcę iść, dopytuję. Dzwonię do Mateusza Środy, koordynatora ONR w województwie małopolskim. Zapisuje mnie. Mówi, że pójdzie tylko kilka osób.
17 lipca. Jadę do Krakowa, skąd mamy pójść pieszo do Częstochowy Szlakiem Orlich Gniazd.
Jestem w siedzibie ONR w Krakowie, koło dworca, w budynku na parterze. Na błękitnych ścianach obraz Matki Boskiej Częstochowskiej, Chrystusa Króla i Michała Archanioła. Pod nimi szczerbiec – miecz koronacyjny królów polskich, przedwojenny symbol ruchu narodowego. Dalej portrety Jana Mosdorfa, Romana Dmowskiego, Leona Degrelle’a (członek SS, ulubieniec Hitlera). Jest worek bokserski zawieszony na łańcuchu, dalej kuchnia, łazienka, biblioteczka – kilkadziesiąt lektur religijnych i historycznych. Na ziemi „Dziennik” Anny Frank, żydowskiej dziewczynki, która zginęła w obozie koncentracyjnym.
– Czytałeś to? – pytam Mateusza.
– Nie. Znasz postaci z portretów? Degrelle’owi wymazaliśmy na portrecie znak SS, bo nie lubię szowinistycznego nacjonalizmu.
Mateusz tłumaczy, że trafił do ONR prawie sześć lat temu jako niedojrzały chłopak, który nie wierzył w Boga. Zainteresował się historią, kolega mu pożyczył lektury, zaczął chodzić na msze i uroczystości patriotyczne. Półtora roku temu się nawrócił, choć jego rodzice chodzą do kościoła od święta. Jego ojciec nie akceptuje, że syn jest w ONR, choć Mateusz nie umie sprecyzować poglądów ojca.
W kuchni otwiera szafę. Wyciąga z niej książki wydane przed dziesięcioleciami – życiorys i opis pogrzebu Romana Dmowskiego. Bierze jedną, otwiera na stronie z cytatami w językach obcych.
– Popatrz, nie są przetłumaczone na polski, bo ludzie znali wtedy języki – mówi z podziwem.
Idziemy z pielgrzymką. Ja, Mateusz, Robert, ks. Łukasz Szydłowski z Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X (lefebryści, przekonani o kryzysie wewnątrz Kościoła, do którego przyczyniają się m.in. masoni, odrzucają część postanowień Soboru Watykańskiego II) i dziewczyna, też Justyna, wierna Bractwu Piusa X.
Idziemy kilkadziesiąt kilometrów dziennie po łąkach i lasach. Czasem gubimy się i nadrabiamy drogę. Rano msza, trzy razy dziennie różaniec, także po łacinie, Anioł Pański, wykład, np. o historii bractwa, śpiewanie pieśni maryjnych. Samochód z naszymi bagażami prowadzi Mateusz, więc idziemy we trójkę.
W przerwie między modlitwami Robert przekonuje żarliwie: – Mam kolegę geja – mówi. – Ale homoseksualiści nie mogą mieć praw na przykład do małżeństwa, bo będą dawać zły przykład dzieciom.
Księdzu spuchło kolano, bolą go stopy, ma za małe buty. Nocleg w jednej z parafii, proboszcz prowadzi nas do pomieszczenia, które wygląda na dawną kaplicę, i znika w drzwiach. Przygotowujemy kolację. Robert prosi ks. Łukasza o wykład z teologii. Robert mówi mi o Żydach z żarliwością wykładowcy.
– Czuliśmy się wykluczeni jako Polacy, bo Żydzi zajmowali ponad 50 procent miejsc na niektórych kierunkach wyższych uczelni.
Siadamy do stołu.
Dzień przed wejściem na Jasną Górę przychodzimy do parafii św. Józefa Rzemieślnika w Częstochowie. Proboszcz gości nas na plebanii, pokazuje pokoje, zaprasza na kolację. Jesteśmy zdenerwowani, bo biskupi Kościoła katolickiego niechętnie patrzą w Polsce na lefebrystów. W jadalni po jednej stronie stołu siedzą proboszcz, wikary, zakonnica i jacyś pielgrzymi. Po drugiej – ks. Łukasz, Robert, Mateusz, Justyna i ja.
– Z jakiej parafii jest ksiądz? – pyta głośno stary proboszcz naszego ks. Łukasza.
Robert, co powie mi później, myśli wtedy: jedz lepiej szybko, co na stole, bo zaraz nas wyrzucą. Mateusz i Justyna wstrzymują oddech i patrzą z napięciem na naszego księdza. Ks. Łukasz szepcze, że z Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X. Milkną rozmowy. Czekamy. Proboszcz zmienia temat.
Żaden z proboszczów, u których nocowaliśmy w świetlicach, nie pozwolił na odprawienie mszy w kościele ks. Łukaszowi. Jeden przyznał, że bał się biskupa. Rano pijemy wspólnie kawę. Robert prosi Justynę, by powiedziała coś po śląsku. Jest studentką teologii i psychologii. W pierwszej kolejności, jak mówi, jest Ślązaczką, a potem Polką. Przekomarzają się z nią, że Śląsk jest Polski, a ona Polką. Justyna odpowiada gwarą śląską: „Kto ty jesteś, Polak mały”.
Po śniadaniu docieramy na Jasną Górę. Wchodzimy do kościoła, każdy przyklęka.
– Justyna, jak przyklękasz, to na prawe kolano albo na oba. Nie podpieraj się – tłumaczy mi Robert nauczycielskim tonem.
Idziemy do bocznej kaplicy na mszę. Z nami jest jeszcze kilka kobiet i mężczyzn z ONR z innych regionów Polski. Na koniec śpiewamy „Z dawna Polski Tyś Królową”. Wychodzimy z kaplicy, Robert ma łzy w oczach, bo wzruszyła go wspólna msza święta po łacinie. Przez całą pielgrzymkę wieczorami uczyliśmy się na pamięć słów liturgii w tym języku, żeby umieć odpowiedzieć księdzu.
Idziemy na dworzec PKP.
– Martwisz się, że na pielgrzymce szły tylko trzy osoby? – pytam Mateusza, gdy wsiadamy do pociągu. Jedzie do Piotrkowa Trybunalskiego, do domu rodziców.
– Wszystko mi zawsze wychodzi – żali się. Staram się go pocieszyć.
– Czołem i z Panem Bogiem – mówi w drzwiach pociągu, gdy wysiada.
Zakon Dwa tygodnie po pielgrzymce zostaję zaproszona na spotkanie tzw. Zakonu. Kieruje nim niejaki Antoni Myśliński. To pion ONR, który „zgłębia religijność oraz mistycyzm w duchu walki z modernizmem w Kościele, islamizmem i masonami” i zajmuje się „akcjami przeciwko antykatolickim ośrodkom w kraju”.
Wstęp do Zakonu to trzy stopnie. Pokonuję pierwszy: odmawianie różańca, czytanie zadanych książek, udział we mszy w Bractwie Piusa X, który wystarcza, by w ostatnią sobotę sierpnia pojechać na zjazd Zakonu w Warszawie. Znajome twarze: Robert Bąkiewicz, Mateusz, małżeństwo Klaudia i Karol i jeszcze jeden chłopak z ONR, którego nie znam.
Karol ma 27 lat, studiował historię i administrację, jako student pisał do gazetki kibiców Korony Kielce. W Kielcach pracował w dawnym więzieniu UB jako przewodnik. Odmawiamy wspólnie różaniec w kaplicy bractwa, potem słuchamy Antoniego. Stoi przed nami w koszuli, spodniach, chodzi po sali jak nauczyciel. Mówi, że odszedł oficjalnie z ONR, bo wyjeżdża do seminarium Bractwa Piusa X. Jednemu z nas przekaże kierownictwo nad Zakonem. Zawiesza głos. Po chwili dodaje, że „Robertowi, głowie rodziny”. Robert nachyla się do mnie i szepcze: – Będę to musiał jakoś pogodzić z nową funkcją współorganizatora Marszu Niepodległości.
Antoni kontynuuje.
– Przypominam, że jednym z zadań Obozu Narodowo-Radykalnego jest dążenie do tego, aby jak najwięcej rodaków zbawiło swoje dusze. Musicie szerzyć różaniec w waszych rodzinach, wśród koleżanek i kolegów z ONR i ludzi spoza organizacji. Możecie też zająć się akcjami w terenie. Na przykład rozpylić śmierdzącą substancję na koncercie Behemotha.
– Szukaliśmy już takiej w internecie – przerywa Klaudia.
– Moglibyśmy zrobić to kolejno w kilku miastach – mówi ktoś z sali.
– Ale jeśli zrobimy to raz, to na kolejnych koncertach nas złapią – dodaje ktoś.
Antoni, który za chwilę zostanie księdzem, doradza: – Lekarzowi, który wykonuje aborcje i zabija dzieci, można porysować samochód i zostawić list. Napisać, że jeśli się nie nawróci, czeka go kara piekła. Można dodać, że jeżeli nie przestanie zabijać dzieci, znowu porysujecie – mówi poważnym tonem. – Oczywiście nie podpisujcie się pod tym jako ONR.
– Trzeba tak to zrobić, żeby się nie dać złapać – dodaje Robert z uśmiechem.
– Dbajcie o naszą organizację, będę się za nią modlił w seminarium – kończy Antoni.
Nocuję w domu Roberta. Parterówka, wokół zieleń i drewniany stół z ławkami. Wstaję o świcie, bo jedziemy autokarem na pogrzeb „żołnierzy wyklętych” do Gdańska. Żona Roberta siedzi na dworze, przysiadam się. Trzynastoletnia córka ubrała się w sukienkę do kostek i siada obok nas. Robert, który kręci się po podwórzu, patrzy na córkę i mówi stanowczo:
– Przebieraj się, jedziesz na pogrzeb.
Córka patrzy z wyrzutem, ale bez słowa wychodzi. Wraca w jasnej spódniczce. Nie zdąży przejść progu w drzwiach, gdy Robert podnosi głos:
– Bo nie pojedziesz, ubieraj się na czarno, narzuć coś na ramiona.
Dziewczyna wychodzi. Robert załamuje ręce, że to taki wiek, że dziewczyna chce się podobać chłopakom. Żona potwierdza skinieniem i wychodzi pomóc córce, która ubiera się na czarno. Żona podaje Robertowi kanapki i termos.
Gdańsk. Stoimy na placu przed kościołem, idziemy z flagami ONR przed główne wejście do bazyliki. Robert rzuca komendę: – W dwuszeregu zbiórka!
I tak stoimy całą mszę. Na podniesienie Najświętszego Sakramentu klękamy na gołej ziemi z flagami w rękach. Robert wychodzi przed szereg, widzi, że jeden chłopak stoi.
– A kolega? Na kolana – wydaje ostro polecenie.
Chłopak tłumaczy się, że choruje. Robert nic nie mówi, odchodzi i klęka na oba kolana.
Trzy dni później zostaję dodana do grupy Zakonu na Facebooku. Do połowy października będzie liczyła 23 osoby z ONR.
Poseł PiS i obietnica Początek sierpnia. Jadę z Jackiem, który mnie rekrutował, Mateuszem i Błażejem Madalińskim na obchody rocznicy urodzin Romana Dmowskiego w Chludowie, w Wielkopolsce, gdzie przywódca endecji mieszkał w latach 20. Składamy kwiaty pod jego pomnikiem. Obok jest dom misyjny ojców werbistów, idziemy na mszę, potem poczęstunek. Podchodzi do nas Bartłomiej Wróblewski, poseł Prawa i Sprawiedliwości z Poznania. Na ramionach mamy zielone opaski z falangą.
– Pani jest z ONR? – pyta mnie i wyciąga rękę.
– Tak – odpowiadam. Poseł wita się z chłopakami. Też go nie znali. Poseł mówi, że sfinansuje połowę kosztów za autokar na wyjazd na Marsz Niepodległości 11 listopada dla środowisk patriotycznych z Poznania. Proponuje, żebyśmy pojechali tym autokarem. Chłopcy cieszą się, ale są zdziwieni. Ustalamy, że wrócimy do tematu w październiku.
Nagana: z liścia Dostajemy do przeczytania od kierownika ONR Poznań naganę, którą dostał inny oddział w Polsce po pogrzebie „żołnierzy wyklętych”. Czytam w niej, że niektórzy mieli opaski z falangą założone na gołe ramię, za co następnym razem będzie kara cielesna. Upomnienie podpisane jest pseudonimem i brzmi tak:
„Wiem, że było gorąco, zdaję sobie sprawę, że wielu jechało na ten pogrzeb setki kilometrów, ale za przeproszeniem kurwa krótkie spodenki na pogrzebie?! Skąd Wy się urwaliście? Gdzie byli koordynatorzy? Kto dawał ludziom w krótkich spodenkach flagi do rąk? To jest kurwa festyn, piknik czy poważna organizacja narodowa?! Kogo wy [koordynatorzy] przyjmujecie do tej organizacji? Na każdej manifestacji ONR ludzie trzymający flagi ubierają długie ciemne spodnie. Stoisz z opaską na łapie, nie trzymasz flagi, to w momentach podniosłych, podczas przemówień naszych działaczy czy ludzi ważnych nie trzymasz łap w kiermanie, tylko stoisz z wypiętą klatą i rękami skrzyżowanymi z tyłu! Marzą się Wam mundury, a nie potraficie podstawowych spraw dopilnować. Niech mi świadkami będą wszyscy tu obecni. Od dziś każda osoba, która nie będzie umiała się zachować, zostanie przeze mnie ukarana liściem [uderzenie dłonią w twarz] i pozbawieniem symbolu, którego nie potrafi uszanować. Brygady będą pozbawiane flag, aż nauczycie się podchodzić do sprawy GODNIE”.
Zmiana w strukturze poznańskiej. Mateusz przestaje być kierownikiem, zastępuje go Błażej Madaliński. Ma 25 lat, skończył budownictwo na Politechnice Poznańskiej. Jest redaktorem na portalu internetowym ONR. Dołączył do organizacji rok temu, gdy usłyszał, że do Europy napływają islamiści, chciał przed nimi bronić Polski. Idziemy do siedziby ONR. Nie mamy kluczy, czekamy pod drzwiami i rozmawiamy. Pytam o jednego z członków ONR, który jest skinem.
– Ale u nas w organizacji nie ma miejsca na rasizm – odpowiada. – Kilka dni temu idę wieczorem ulicą w Poznaniu. Widzę, jak na Murzyna idą dresiarze. Jeden go obraża. Pomyślałem, że jeśli go nie zostawią, to go obronię. Nie wiedzą, jakim jest człowiekiem, co zrobił, to czemu go obrażają.
– Też bym tak postąpiła.
– Jeśli chodzi natomiast o wyznawaną wiarę, o islam i judaizm, to fałszywe, szatańskie religie.
– Dlaczego?
– Mahomet był fałszywym prorokiem, a Żydzi nie uznali Chrystusa. Chrześcijaństwo jest jedyną wiarą, przez którą człowiek może być zbawiony i pójść do nieba. Powinniśmy się modlić za Żydów i muzułmanów, żeby się nawrócili.
Poseł PiS i kasa Początek października. Błażej mówi na zebraniu oddziału, że poseł Wróblewski z PiS zaprasza go do biura partii. Idziemy na marsz antyaborcyjny w Poznaniu z organizacjami pro-life. Po marszu pytam Błażeja, po co poseł PiS go zaprosił.
– Pytał, czy poprzemy ich kandydata na prezydenta Poznania w kolejnych wyborach – mówi.
– I co mu odpowiedziałeś? – pytam zaciekawiona.
– Uciekłem od jednoznacznej odpowiedzi posłowi, bo to partia bezideowa i kłamliwa, a patriotyzm to ich sposób na zbicie kapitału politycznego.
– A co z tymi autokarami na Marsz Niepodległości?
– Jeśli uda nam się zapełnić cały autokar, to zapłacimy 30 zł za przejazd w dwie strony od osoby. Mam na to pieniądze od posła. 1500 zł.
– Podpisaliście jakąś umowę?
– Nie.
– Wyjął pieniądze ot tak z portfela i ci dał? – dopytuję.
– To nie jego zarobione pieniądze, tylko partii, więc nie miał z tym problemu. Kilka dni po naszym spotkaniu dał te 1500 zł gotówką Bartkowi [członek ONR w Poznaniu, działa w sekcji naukowo-szkoleniowej]. Nam głupio nie skorzystać, a on nic nie traci jako polityk. Z początku zaproponował, że dofinansowanie przekaże Bogdanowi Freytagowi [szef związku Wierni Polsce z Poznania, organizacji nacjonalistycznej]. Odpowiedziałem, że to ja chcę organizować wyjazd. Myślę, że poseł nas testuje, czy zachowamy się uczciwie i czy nie zabierzemy tej kasy, by zorganizować autokar po normalnej cenie. Poszedłem też do posła, bo w ONR od czasu rocznicy w Białymstoku nic się nie dzieje prócz dyskusji w internecie. Nikt nie ruszył się sprzed komputera, by przyjść na marsz zboczeńców. Góra ignoruje moje pomysły. Tylko jednostki mają ideały w ONR i chcą coś robić.
Poseł Wróblewski, gdy go spytam później o pieniądze dla ONR, powie mi, że trzeba wspierać postawy patriotyczne, że pomaga im z własnych środków. – Nie chodzi o budowanie bieżących relacji politycznych, co zresztą ze względu na różnice może być trudne. Ale jesteśmy jednym społeczeństwem i musimy ze sobą rozmawiać.
Spowiedź Idę wieczorem ulicą z ks. Łukaszem Szydłowskim z siedziby warszawskiego oddziału ONR. Gościł na zjeździe Zakonu.
– Chciałabym się wyspowiadać – mówię.
– Teraz?
Przystępuję do spowiedzi w samochodzie księdza. Otwieram modlitewnik Bractwa Piusa X.
– Pobłogosław mnie ojcze, bo zgrzeszyłam... – zaczynam od tych słów. Ksiądz błogosławi. – Zgrzeszyłam myślą, w organizacji nacjonalistycznej, do której należę, ratujemy dusze grzeszników przed piekłem. Odmawiamy za nich różaniec. Planujemy też akcje w terenie wymierzone przeciwko antymoralności chrześcijańskiej. Jeden z kolegów podał przykład, żeby lekarzowi, który zabija dzieci, porysować samochód i zostawić list z ostrzeżeniem. Za wszystkie grzechy szczerze żałuję i postanawiam się poprawić. Proszę o naukę i zbawienną pokutę – mówię.
Zapada cisza. W końcu ksiądz mówi. – To nie jest grzech – poucza. – Jeśli zniszczysz cudzą rzecz, jej właściciel się wystraszy i nie zabija już dziecka, to znaczy, że się nawrócił i dostąpi zbawienia. Lekarz powinien zostać uświadomiony, że czekają go kara i potępienie. Nie można jednak skrzywdzić drugiego człowieka. Jego rzeczy tak, ale nie samego człowieka. Nie jest grzechem też, gdy życzymy grzesznikowi choroby, żeby się dzięki niej nawrócił. Czy takie akcje mają jednak sens? Czy lekarz faktycznie nawróci się ze strachu? Trzeba też przeprowadzić je rozsądnie – poucza ksiądz.
– Czyli jak? – pytam.
– Nie daj się złapać. W wypadku koncertu to nie będzie trudne. W wypadku samochodu unikaj kamer i ubierz się na czarno – mówi.
Udziela rozgrzeszenia.
autorka: Justyna Bryske
źródło: http://wyborcza.pl/duzyformat/7,127290,20932332,jak-wstapilam-do-onr.html
submitted by ben13022 to Polska [link] [comments]


2016.10.13 17:17 ben13022 "Ja bym radziła rodzić." Kobiety ze wsi o aborcji i czarnym proteście.

Widzę w telewizji: wszyscy na czarno idą, krzyczą, deszcz leje. "Czy to żałoba jakaś? - pomyślałam. - Aaa, to tylko kobiety". Machnęłam ręką i poszłam zmywać. Na wsiach nie wszyscy słyszeli o czarnym proteście. Kobiety zapewniają, że żadnej ciąży by nie usunęły. Ale nikomu swojej decyzji nie chcą narzucać. Proszą, by zabieganym kobietom z miasta przekazać wiadomość: zastanówcie się dwa razy, zanim podejmiecie decyzję.
Jak nie dzieci, to co?
Beata ma 28 lat, troje dzieci. Nie pracuje, zajmuje się dziećmi i domem.
Beata: - Mąż wiadomości oglądał. Tak tylko w telewizor spojrzałam, bo wszystko nie poprane, nie pomyte. A tu wszyscy na czarno, idą, krzyczą, deszcz leje, a ludzie zawzięci. "Czy to żałoba jakaś? - pomyślałam. - Aaa, to tylko kobiety". Machnęłam ręką i poszłam zmywać.
W życiu to ja generalnie poszłam za mężem. Wiedział, czego chce. Mówił, że rodziny, dzieci i domu. A ja chciałam dzieci mieć, nawet czworo. I pomyślałam: on pracę ma, na cementowni, przy maszynach. Wiadomo, zarobi. Jego mama blisko, siostra jego tu mieszka. W razie czego pomoc będzie. Potem sobie policzyłam: dom będzie po rodzicach, duży, jest działki kawałek. To się ułoży.
Mnie nie ciągnęło do chłopaków. Ale dzieci zawsze chciałam. Mama opowiadała, że ledwo sama chodziłam, a już wózek z lalką chciałam pchać. Kobietę ciągnie do opieki.
Nigdy nie byłam jakaś taka, no, urodziwa. Ani dobrych ocen nie miałam. Pieniędzy też nie miałam w domu. Nic nie umiałam. Tyle że ugotowałam. Mamie pomogłam. No normalna dziewczyna. Zwykła. Do czego ja bym była potrzebna? Na co komu? Co ja mogłam chcieć? Ojciec się zapił na śmierć. To ja ojca chyba szukałam. Nie dla siebie. Dla swoich dzieci. Chciałam dzieciom dać ojca. Tak dziś to widzę.
Kim ja bym bez tych dzieci była? Nikim. Mnie by nie było. Gdyby nie dzieci, nie miałabym po co żyć.
Nigdy nie pomyślałam o aborcji. Jak te kobiety szły, to ja się zastanawiałam: na co im to życie? Czego one chcą, dorosłe kobiety, jak nie dzieci, to co? Co one w życiu robią? Jak facetowi się odwidzi i do innej pójdzie, to co one zrobią? Same zostaną. To dopiero tragedia. Mnie samej by się tak przykrzyło, że nie chciałabym żyć. Jak czasem sama w domu pobędę, to już mi się płakać chce. Nie wiem czemu. Jak dzieci są, to się nie ma czasu na takie tam.
Gdyby mi ktoś zrobił krzywdę, znaczy zgwałcił, tobym urodziła. Każdego trzeba kochać. Mnie ojciec nie kochał, nie pamiętam, żeby kiedykolwiek trzeźwy był. Pasem dostałam nie raz. On by pewnie wolał, żeby mnie na świecie nie było. Nieraz krzyczał, że my - ja z bratem - za przeproszeniem, "mamy wypierdalać", bo nikt nas nie chciał. Albo mówił do mnie: "I na co się toto urodziło?". No i ja bym miała być taka?
Ja powiem jak kobieta do kobiety: chłop każdy sobie pójdzie. Tak się wydaje, że oni kochają. Ale oni kochają tylko przed. Jak już dostaną, co chcieli - wie pani, o co mi chodzi - to każdy by poszedł w swoją stronę. Rację mam? A dziecko się nie odwróci od matki. Każdy się odwróci, ale dziecko od matki nigdy.
Gdyby dziecko było chore, urodziłabym. Gdyby miało żyć tylko chwilę, też bym urodziła. Natura sama zrobi swoje. Ale zabijać, bo jest chore? Przecież ciągle lekarze wymyślają nowe leki. I gdyby trzeba było, tobym przy łóżku siedziała. A jakby cierpiało? Miałoby rodzeństwo, które by je kochało. I matkę, która by się go nie wyrzekła. Gdyby miało Downa, to też przecież człowiek. Inny, ale człowiek.
Ja bym urodziła. Ale nikogo innego bym nie zmuszała.
Gdyby było ryzyko, że sama umrę? No to chyba nie zdarza się często? Nie umiem sobie tego wyobrazić.
Magda ma 23 lata i dwoje dzieci. Nie pracuje, czasem dorabia sezonowo, zbierając owoce. Chce iść do pracy, gdy odchowa półtoraroczną Monikę. Paweł, jej mąż, złota rączka, tanio naprawia samochody i skutery.
Magda: - Nie myślałam o dzieciach. Ani o seksie. Ale że mi się chłopak spodobał, to poszłam z nim do łóżka. Chciałam, żeby mu się ze mną podobało. Chciałam mieć chłopaka takiego, co samochodem mnie zawiezie a to na zakupy, a to na dyskotekę, a to na wakacje. Czy ja byłam zakochana, to nie umiem powiedzieć. Co ja w głowie miałam? Nie pamiętam. Ani mi w głowie nauka była, ani nic. Wiadomo, że każda dziewczyna by chciała ślubu, a potem rodzinę założyć. Nie wierzę, że nie. Każda jedna feministka też chce. Tylko może tak wychowana, że się nie przyzna. Może się wstydzi. Może myśli, że lepsza jest.
Jak zaszłam w ciążę i miał urodzić się Kubuś, to miałam 19 lat. Mamie mówiłam, że wcześnie. A ona: "Wcześnie? Ja już w twoim wieku dwójkę miałam". Mówię mamie: "A może by tak zrobić, żeby tego dziecka nie było. Bo chciałam za granicę na stałe jechać do pracy, do Anglii". Jak mnie mama w łeb walnęła ręką, to aż się o ścianę oparłam. "Gdzie będziesz dziecko wozić - zapytała. - Trzeba było nóg nie rozkładać". Aż tak mi powiedziała.
Mnie się chciało latać to tu, to tam, ja chciałam, żeby jeszcze być córunią. U nas się mówi: "ciekać". Tak mi mama mówiła: "Ciekać ci się chce? Ja ci zaraz z głowy wybiję głupoty". Mnie się wydawało, że to taka kara - ta ciąża - za to, że ja niegrzeczna byłam. Nie chciałam pomagać przy świętach ani grobów czyścić. Wszystko mnie nudziło.
Co mnie interesowało? Lubiłam ze zwierzętami być, wszystkie bym głaskała i brała na ręce. Ale ani z tego zawód, ani nic.
Jak już brzuch było trochę widać, to ciotki się zeszły i mówiły, że ja już dziewczynka nie jestem, jak kiecę zadzieram. Patrzyły na mnie już inaczej. Już gotowanie mnie czekało, już sprzątanie, już nie było, że się można powłóczyć. Jak zaszłam w ciążę, to mnie już nikt po głowie nie pogłaskał. Ja już nie byłam mała Madzia. Dopóki Kubusia nie urodziłam, to byłam takie nie wiadomo co. Ani szkoły nie skończyłam, do matury w liceum nie dociągnęłam. Nie miałam planu. Pustka w głowie. Nawet nie pamiętam, kim ja wtedy byłam i o czym myślałam. Paweł, ty pamiętasz, jaka ja wtedy byłam?
Z pokoju słychać męski głos. Paweł: - No jaka? Taka sama. Mówiłaś, że dzieci chcesz.
Magda: - Ja mówiłam, że dzieci chcę?
Paweł: - No a jak?
Magda: - Może tak mówiłam. Jak się Kubuś urodził, to zmądrzałam. Już byle gdzie nie biegłam. Już tak syna pokochałam, że mi nikt nie był potrzebny. Już się nie przejmowałam kłótniami z mamą, już o Pawła taka zazdrosna nie byłam. Zaraz potem drugiego synka pod sercem nosiłam. Ale poroniłam. Nie wiem czemu. Naprawdę nie wiem. Broń Boże nie popalałam. Ani nic. Mama mi powiedziała, że też poroniła jak ja. Może to rodzinne. Bałam się, że już w kolejną ciążę nie zajdę przez to. A chciałam, nie powiem. A potem znowu zaszłam w ciążę. Mnie wtedy znowu nikt nie obchodził, tylko ta córeczka. Bo to cały sens mojego życia. Nie wstydzę się tego powiedzieć. Niech się ze mnie miastowe śmieją.
Paweł wchodzi do pokoju: - Będą chciały te w mieście dzieci mieć, to się ockną tak późno, że już nie będą mogły. A jak się nie wie, co się chce, bo człowiek młody i głupi, to trzeba zobaczyć, jak inni żyją.
Magda: - Dopóki się dziecka nie urodzi, to samej jest się dzieckiem. Każda jedna, co chce usunąć, to tak jakby chciała jeszcze małą dziewczynką być. A tak się nie da. Więc ja tobym radziła rodzić, bo jak się usunie, to nie wiadomo, czy się będzie potem mogło znowu zajść. No i przede wszystkim: ile tak można ciekać w życiu?
Paweł: - Nie chcesz mieć dzieci? A ty skąd się wzięłaś? Ciebie ktoś urodził przecież, nie? No to na logikę to weź. Tak już jest.
Magda: - Gdyby nie mogło mówić, w łóżku tylko leżało? Może jestem zacofana, ale mnie się w głowie nie mieści zabijać dzieci. Wiadomo, że bałabym się, że my tu rady nie damy, że tyle tysięcy by trzeba wydać, a to na leki, a to na maszyny podtrzymujące życie. Skąd by na to brać? Nie wiem. Jak o tym myślę, to mi przykro, ale mimo wszystko ja usunięcia dziecka bym nie zniosła. Może jestem samolubna, ale nie dałabym rady.
Paweł: - Wszystkie dzieci się kocha. Zarobiłbym, pożyczył, wyjechał za granicę, ale bym nie dał zabić potomka. Nawet Downa.
Magda: - Że w mieście trudniej, w jakiej wynajętej kawalerce, bez rodziny, pieniędzy? Zawsze gdzieś jest jakaś rodzina, zawsze można się przeprowadzić. Po prostu jak masz dziecko, to już nie ma, co ty wolisz. Dzieci są najważniejsze, a nie to, że chce się w mieście mieszkać. Zawsze jakieś wyjście jest.
Czy innym kobietom bym aborcji zakazała? Ja nie jestem taka mądra, żeby komukolwiek czegoś zakazywać.
Terlikowski? Nie znam. Marsz esesmanek? Nie, no to przesada.
Agnieszka ma 21 lat. Mieszka na wsi, u rodziców, w małym pokoiku ze swoim synkiem. Rodzice pomagają. Zajmują się chłopcem, wspierają finansowo.
Agnieszka: - Wszyscy o tym wiedzą, wszyscy plotkują, choć to już cztery lata. Ojcem Michałka jest mój kuzyn. Nie chcę o tym rozmawiać za dużo. Zresztą wystarczy, że wyjedziesz na wieś i powiesz, że u mnie byłaś. Od razu wszystkiego się dowiesz. Michaś ma dziś cztery lata. Nawet się nie interesowałam, czy go usunąć, czy nie. Co on winny?
Wszystko to się stało przez alkohol. Ja byłam młoda i też wstawiona. Byliśmy u nas pod sklepem, a potem na dyskotece. Miałam 17 lat, a kuzyn 28. Ciągnęło nas do siebie. Jeszcze do domu nie wróciłam w nocy, a już wszyscy wiedzieli, co się stało między nami. Nakrzyczeli na Marka, że to gwałt. Ja tego tak nie nazywam, bo może i młoda byłam, ale on mi się podobał. Nie wiem już sama, co jest prawdą, a co nie. Najgorsze, że kuzyn wyjechał za pracą i nas zostawił. To było większe zło niż ta ciąża. Ani się do nas nie odzywa, ani nie przysyła pieniędzy. Jego rodzina Michasia nie uznała. Nawet na niego nie patrzą, jak się mijamy na ulicy.
Kuzyn chciał, żebym usunęła, powiedział, że zabierze mnie do miasta i zapłaci za zabieg. Bo to przypadek, pijany był i żałuje. A ja jeszcze myślałam, że będziemy razem. Aż tu nagle sama zostałam z dzieckiem.
Mieszkam z mamą i z tatą. Dzięki nim skończyłam szkołę, zdałam maturę, a teraz pracuję w sklepie. Ale wtedy nie było człowieka, który by mi nie mówił, żebym usunęła. Był moment, kiedy codziennie namawiali mnie mama, tata i siostra. Ale ja wiedziałam, że to by było złe. Wierzyłam w Boga i nie chciałam mieć grzechu. Pomyślałam, że Bóg mi pomoże. Że na pewno jest jakiś większy sens niż tylko to, co sami widzimy. I nigdy nie żałowałam.
Ale jak dziecko miałoby umrzeć po porodzie, to sama nie wiem, jaką decyzję bym podjęła. Gdyby ciąża zagrażała mojemu życiu, może zdecydowałabym się na aborcję. Ale nie wiem, kto powinien o tym wszystkim decydować. Nie jestem pewna, czy kobieta sama podejmie odpowiednią decyzję.
Dobrze, że aborcję trudno zrobić, że schodzą się komisje, że jest czas, żeby się zastanowić. Bo jakby można zrobić tak od ręki, to w emocjach każdy by poszedł usunąć od razu. Kiedy ma się problem, każdy od razu chciałby ten problem usunąć. Myślę, że nawet kobiety zgwałcone, porzucone, młode powinny urodzić. Nie dlatego, że ja im życzę źle, ale właśnie dlatego, że życzę dobrze. Jeśli urodzisz dziecko, nawet w trudnych okolicznościach, i wytrwasz ten najgorszy moment, potem będziesz szczęśliwsza. A jak usuniesz, może na chwilę będziesz szczęśliwa, ale potem będziesz nieszczęśliwa do końca życia. Każdy coś myśli i każdy coś czuje. Ale z czasem człowiek czuje inaczej i co innego myśli.
Kasia i Darek, rodzice trzyletniej Elizy, mieszkają w podsandomierskiej wsi. Ale spotykamy się w Centrum Zdrowia Dziecka, gdzie przyjeżdżają co miesiąc na kontrolę. Eliza cierpi na niewydolność nerek spowodowaną wadą wrodzoną układu moczowego. Kasia ma 27 lat, poświęca się całkowicie opiece nad chorą córką.
Kasia: - Eliza zachorowała, kiedy miała dwa lata. Najpierw zastanawiałam się, co zrobiłam źle. Czy czegoś nie zauważyłam w odpowiednim momencie? Czy to moja wina, że jej układ moczowy nie wykształcił się odpowiednio?
Kiedy dowiedzieliśmy się, że trzeba jechać do Warszawy na badania, zamarłam. Zrezygnowałam z pracy, miałam swój sklep 1001 Drobiazgów. Przejęła go szwagierka z mężem. Inaczej musiałabym zamknąć. A tak oni mogą sobie zarobić i mnie skapnie kilka złotych miesięcznie. Darek jeździ w Sandomierzu jako kierowca w dużym sklepie z hydrauliką i budowlanką. Dorabia na taksówce wieczorami.
Ja już nie marzę o tym, żeby Lizka była zdrowa, ale żeby jak najdłużej mogła żyć bez dializ.
Jestem przeciwko aborcji, zawsze byłam. To, że Lizka jest chora, nie znaczy, że powinna nie żyć! Ale kiedy na oddziale spotykam mamy, które czekają z dzieckiem na przeszczep, to czasem mówią: "Co to było wszystko warte? Czy nie lepiej, żeby się dziecko w ogóle nie rodziło, niżby miało tak cierpieć?". Nic nie mówię. Ale kiedy patrzę na te dzieci, to żal serce ściska. Chwilami myślę, że tak, może i lepiej, żeby ich nie było. Ale potem tak sobie siedzę w kaplicy i myślę, że nie da się świata oczyścić z cierpienia.
Cieszę się, że nie wiedziałam o chorobie Elizki, kiedy była jeszcze w brzuchu, bo może bym chciała podjąć pochopną decyzję. Może bym chciała usunąć ciążę ze strachu.
Małżeństwo? Z mężem cierpimy razem. Cieszymy się razem. Jesteśmy bliżej niż kiedykolwiek wcześniej.
Darek: - Ja? Nigdy bym nie wymagał od żony, żeby usunęła. Facet nie powinien się wypowiadać na te tematy. Wolałbym, żeby kobiety nie usuwały ciąż. Ale nikogo nie oceniam. Niech każda para robi, co chce. Bo kiedy dziecko jest chore, nie ma słusznego wyjścia. Wszystko jest tylko minimalizowaniem cierpienia dziecka, minimalizowaniem błędnych decyzji.
Kasia: - Mieszkamy na wsi, jeśli Elizka będzie miała dializy, a niestety tak może się stać w niedługim czasie, to nie wiem, jak damy radę. Co, jeśli będzie padał śnieg, zepsuje się samochód? I nie będziemy mogli jej dowieźć na dializy? Aż boję się o tym myśleć. A o takich historiach na oddziale słucham prawie codziennie. Kuleje wsparcie państwa, głównie finansowe. Jakieś śmieszne dodatki, kilkadziesiąt złotych - co to jest? Przydałyby się pieniądze, rehabilitacja, pomoc miejscowych pielęgniarek. Kiedy człowiek zostaje sam z chorym dzieckiem, myśli o najgorszym. Kiedy codziennie budzisz się z lękiem, czy z twoim dzieckiem nie jest gorzej, to obecność pielęgniarki środowiskowej czy lekarza, choćby miejscowego lekarza domowego, byłaby dla nas wielkim wsparciem. Człowiek czuje ulgę, gdy ktokolwiek chce na dziecko spojrzeć, sprawdzić, czy nic groźnego się nie dzieje.
Czy innym kobietom kazałabym rodzić chore dzieci? Po tym, co tu widzę, nie śmiem nic mówić. Wierzę matkom chorych dzieci. Ufam im. Czasem się śmiejemy z dziewczynami na oddziale, że my powinnyśmy zostać prezydentami czy jakimiś innymi przywódcami, tak wszystko o życiu wiemy.
Patrycja ma 29 lat i pięcioro dzieci. Mieszka w starym domu, który wynajmuje dla niej gmina. We wsi ludzie mówią, że dzieci chodzą głodne, brudne, z niezmienionymi pieluchami. A nawet, że dzieci powinni jej zabrać, a ją wysterylizować. Patrycja nie wpuszcza mnie do domu, rozmawiamy w progu.
Patrycja: - Chcą mi je zabrać. Myślisz, że ja nie wiem, że na mnie donoszą do opieki społecznej? Ja nie piję. Leki biorę na padaczkę.
Żaden chłop nie chciał zostać ze mną i z dziećmi. Takie są chłopy. Moją mamę ojciec też zostawił, nie dała rady i zabrali mnie i siostry do domu dziecka. Ja sobie obiecałam, że choćby nie wiem co, to moich nie zabiorą. Choćbym się tu miała z nimi spalić!
Nie mam, jak pracować - bo kto się dziećmi zajmie? Ja nikogo nie mam. Żadnej rodziny. Wszyscy tu o mnie gadają, ale inni mają kogoś do pomocy przy dzieciach, mamę, teściową, koleżanki, sąsiadki. A ja jestem sama. Ale moje dzieci chodzą czyste. Zdrowe.
Prawie przy każdym dziecku mi aborcję proponowali. Sami lekarze mi mówili, że da się to załatwić. Panie w opiece i nawet jakiejś obce kobiety, które znam tylko z widzenia, a nawet wierzące takie babki, co w kościele w pierwszych ławkach siedzą, na "dzień dobry" mówiły mi, żebym usunęła. Że mi będzie łatwiej. Bo takie jak ja to mają usuwać, a bogate mają rodzić. Tacy ci katolicy są wszyscy do Pana Boga, dopóki biedna kobieta nie ma pięciorga dzieci. Wtedy toby sami wyskrobali.
Ale ja wtedy od razu w płacz: jak to dzieci zabijać? To ich wina, że ojcowie poszli w pizdu? Ja nikogo nie mam, tyle tylko co te dzieci. Nawet matka, jak wyszłyśmy z domu dziecka, to nas widzieć nie chciała. "Życie zmarnowane przez was" - mówiła. Sebastianek! Chodź, się pani pokaż.
W drzwiach stoi umorusany kilkuletni chłopiec z plastikowym pociągiem w ręce. Za nim po starej wygiętej podłodze raczkuje uśmiechnięta Olga. Dwoje dzieci jest w przedszkolu, najstarszy chłopiec w szkole.
Patrycja: - Mamy takiego grzyba na ścianie, że nie chcę nikomu pokazywać. Nie wiem, co z nim zrobić. Nie wpuszczam, bo boję się, że za chwilę przyjdą i zabiorą dzieci. A ten grzyb był, jak już tu przyszłam. Skromnie u nas. Tak teraz ludzie myślą, że musisz mieć pieniądze na dziecko. A jak nie masz, to co, usunąć? Mnie się to nie mieści w głowie. Czy ja jestem jakaś gorsza, bo nie stać mnie na nowe zabawki? Czy ja jestem gorsza matka? Czasem do mnie nawet ktoś powie w sklepie, że takie jak ja to powinno się podwiązać, bo robią dzieci jak pcheł. Ile razy ja z płaczem wychodzę z tego sklepu.
Czarny protest? Nie słyszałam. Żeby nie było całkowitego zakazu aborcji? Ja bym nie usunęła. Ale niech każdy robi, co mu się podoba. Chociaż może gdyby nie można byłoby robić aborcji, to ja bym nie słyszała, że jestem kurwa. Tylko bym była wtedy normalna matka. Bo mówią, że ja nieodpowiedzialna jestem. Nawet w opiece tak gadają, że nieodpowiedzialna matka, jak tak jedno za drugim rodzi. No a taka, co zachodzi i usuwa, to jest odpowiedzialna?
Gdyby okazało się, że dziecko będzie chore, a ja nie będę mogła mu pomóc? To chyba jedyna sytuacja, że pomyślałabym o aborcji. Żeby nie cierpiało, wolałabym. Ja ledwo szczepienia znoszę, jak moje dziecko płacze, nie mogę tego wytrzymać. A co dopiero, gdyby było chore.
Dlatego te kobiety wyszły na ulicę? Żeby chore dzieci nie musiały się rodzić i cierpieć? To miały rację. Niech one tu do nas, na Podlasie, przyjadą porządki robić w głowach.
Ela, 65 lat, ma córkę, syna i dwoje wnuków. Ani syn, ani córka nigdy nie rozmawiali z nią o aborcji.
Ela: - Pamiętam czasy, kiedy aborcja była legalna. I z pewnością nadużywana. Moje koleżanki robiły, nikt o tym specjalnie nie dyskutował. A ginekolog mi opowiadał, że kobiety traktowały ją jak późną antykoncepcję. Takie z głębokich wsi, nieświadome, robiły te aborcje bez zastanowienia. Nie chciałabym, żeby te czasy wróciły. Tak jak jest teraz, jest dobrze. A każdy, jeśli już koniecznie chce, znajdzie sposób na usunięcie ciąży.
Nie powinno być kar za zrobienie aborcji. Ci, co chcą absolutnego zakazu, poszaleli. Ale ci, co chcą, żeby można było jak kiedyś dziecko usunąć jak migdałki, też nie mają racji. Ja nikomu nie zabraniam, nikogo nie oceniam. Sama nie urodziłabym chorego dziecka. Nie zdecydowałabym się na poród, gdyby zagrażał mojemu życiu albo zdrowiu. Nie kazałabym nikomu rodzić na siłę i spuszczę zasłonę milczenia, kiedy ktoś chce ciążę usunąć, bo po prostu nie chce mieć dzieci. Widziałam w życiu dzieci zaniedbane, bo pracowałam wiele lat w opiece społecznej. Patrząc na nasze klientki, co ledwo miały na bilet, a przychodziły z gromadką dzieci, oceniałam je ostro. Myślałam: kolejne nieszczęścia chodzą po świecie, w nędzy mieszkają, lepiej, żeby cię matka nie urodziła. Ale dziś wiem, że nie mnie oceniać ludzi, nie mnie mierzyć macierzyństwo innych kobiet.
A państwo niech łapy trzyma gdzie indziej, niech da lepiej pieniądze na pomoc. Niech przymyka oko na czarny rynek aborcyjny. Niech każdy robi, co chce, i rozstrzyga we własnym sumieniu.
submitted by ben13022 to Polska [link] [comments]


2016.06.08 09:05 ben13022 Wywiad z Pawłem Reszke, laureatem Nagrody im. Kapuścińskiego

Paweł Krysiak: Jaką Polskę widzisz, gdy wychodzisz z lubelskiej redakcji "Wyborczej", znajdującej się na popularnym deptaku, i jedziesz w teren?
Paweł P. Reszka: Na pewno nie taką, jaką nasza władza chciałaby się chwalić, nie popularną i nie uwielbianą. Zupełnie nie mam poczucia, że jest "european". To Polska, która się wstydzi. Zresztą nawet nie trzeba wyjeżdżać z Lublina, by zobaczyć tę Polskę, której raczej nie pokazują w telewizjach śniadaniowych. Pół godziny spacerem od centrum są domy, w których nie ma łazienek. To mieszkania komunalne. Bohaterka jednego z moich reportaży Alicja, licealistka, nigdy nie zaprosiła do siebie nikogo z klasy, bo jeszcze chciałby umyć ręce i wtedy wydałoby się, że dziewczyna i jej rodzina kąpią się w misce. Oni i tak są w lepszej sytuacji niż ich sąsiedzi, bo mają przynajmniej toaletę. Urządzili ją w pokoju sąsiada. Kiedy umarł, po prostu przebili się przez ścianę i zajęli na dziko jego lokal. Są tacy, którzy nie mają toalet, więc załatwiają się w ciemnej norze na podwórku. W podłodze jest dziura, trzeba przyjąć pozycję "na narciarza". Emeryt, któremu z powodu cukrzycy ucięli nogę, tam i tak nie dojdzie. Żona usunęła siedzisko z krzesła, podstawia tam pudełko, i tak sobie radzą.
*Reporterzy lubią sytuacje skrajne, szukają sprzeczności. *
*Często piszesz o ludziach, którzy mają poczucie przegranej. *
*Złe państwo, pokrzywdzony biedny człowiek, reporter interweniuje i naprawia świat. *
*Recenzując rok temu twoją książkę "Diabeł i tabliczka czekolady", napisałem, że Reszka pokazuje nam wstydliwą część Polski. A może z twojej perspektywy reportera wiadomo, dlaczego wygrał PiS? *
*Nikt nie chce czuć się odrzucony. Ludzie potrzebują dobrego słowa, akceptacji, chcą poczuć się godnie. *
*Tej Polski, o której piszesz, nie ma w ogólnopolskich mediach. Nie widzą jej mieszkańcy stolicy? *
*To jednak jakiś koszmar, że tak dużo ludzi ciągle czuje się odrzuconych, wypchniętych. I jeszcze mają poczucie, że to ich wina. Jak to wytłumaczyć? *
Co rozświetla mroczny świat Reszki?
Zdarzyło się ostatnio w twojej pracy reporterskiej coś, co wprawiło cię w zakłopotanie, w poczucie, że przestajesz rozumieć, co się wokół ciebie dzieje?
*Co odpowiedziała? *
NAGRODA IM. RYSZARDA KAPUŚCIŃSKIEGO
Mottem tegorocznej edycji było zdanie: "Stoimy w ciemności otoczeni światłem" - cytat z "Podróży z Herodotem". W finale znalazły się także książki nagrodzonej Pulitzerem Jenny Nordberg, ("Chłopczyce z Kabulu", Czarne), Michała Książka, łączącego reporterski zapis z poetyckim spojrzeniem ("Droga 816", Fundacja Sąsiedzi), Karoliny Domagalskiej, autorki cyklu reportaży o in vitro ("Nie przeproszę, że urodziłam", Czarne), Michała Potockiego i Zbigniewa Parafianowicza, którzy opisali władzę Janukowycza na Ukrainie ("Wilki żyją poza prawem", Czarne). Jury wybierało spośród 96 zgłoszonych książek (w tym 33 przekładów).
Z laudacji przewodniczącego jury Macieja Zaremby Bielawskiego dla Pawła Piotra Reszki:
W rzeczywistości niosącej nadmiar zdarzeń i słów - nagradzamy autorską powściągliwość, a więc książkę objętościowo skromną. W czasie zdominowanym przez chaos emocji - nagradzamy skupienie. Wobec inwazji agresji - nagradzamy empatię. Przy nadmiarze komentarzy - nagradzamy umiejętność wsłuchiwania się w głosy ludzi.
"Diabeł i tabliczka czekolady" to misterna przeplatanka 15 reportaży publikowanych wcześniej z 12 tekstami nowymi. Te ostatnie mają formę krótkiej wypowiedzi. Nie wiemy, jak powstawały. Wolno podejrzewać, że w ten sam sposób co kolaże Swietłany Aleksijewicz.
Te króciutkie teksty to prawdziwe majstersztyki, na pograniczu poezji. Wzruszające, zagadkowe, straszne. Ale to nadal reportaż czystej wody, wierny swoim bohaterom: oddaje ich język i tok myślenia. Nasuwa się biblijne słowo na ten szczególny rodzaj wycofania: "cichość". "Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię". I nie o skromne milczenie tu chodzi, lecz o szacunek dla tajemnicy wolności bliźniego.
Jeśli bohaterowie Reszki czasami budzą śmiech, to dlatego, że nas zaskakują, nie dlatego, że śmieszą. A kiedy budzą współczucie, jest to współczucie zmieszane z podziwem i pokorą. Że człowiek tak doświadczony przez los potrafi znaleźć w sobie tyle siły i nadziei.
Kazanie na Górze, sedno chrześcijaństwa, okazuje się również przepisem na reportaż najwyższego lotu.
źródło: http://wyborcza.pl/magazyn/1,152664,20110219,pawel-p-reszka-polska-ktora-sie-wstydzi.html
submitted by ben13022 to Polska [link] [comments]


2016.01.21 13:58 SoleWanderer Dziary narodowe. Polska z tatuaży patriotów - Konrad Oprzędek

Orzeł pod majtkami dumnie zadziera główkę, co symbolizuje niezłomność Polaków. Ewelina opowiada o nim tylko koleżankom, bo faceci mogliby się podniecać.
Daniel masuje się po Polsce, którą ma wytatuowaną na ramieniu. Polska trochę boli, bo dwa dni wcześniej kazał postawić ją w płomieniach i dodać żołnierza Armii Krajowej z karabinem. Za tatuaż zapłacił zasiłkiem dla bezrobotnych.
Chłopak wodzi smętnym wzrokiem za ludźmi, którzy biegają po galerii handlowej. Od kiedy stracił robotę w biurze, przychodzi tu codziennie. W domu ciągle czuje na sobie ojcowskie spojrzenie, które robi z niego nieudacznika i darmozjada, dlatego o dziewiątej wychodzi na miasto. Dwie-trzy godziny meandruje po ulicach Krakowa, a koło południa przysiada w galerii, żeby się ogrzać. Potem wraca do domu i rozsyła CV.
Chłopak przerywa, bo właśnie zauważył piękną brunetkę w tweedowym płaszczu i czarnych spodniach ze skóry.
Daniel od dziecka wiedział, że z ludźmi, którzy mają dość czasu i pieniędzy, by się stroić, lepiej nie krzyżować spojrzeń, bo skończy się to dla niego upokorzeniem. Wychował się w domu szewca i sprzątaczki, którzy powtarzali, że kto przyszedł na świat w dziurawych portkach, w takich umrze. Zmienili zdanie dopiero, gdy zobaczyli, że nawet ludzie skromniej żyjący od nich posyłają dzieci na studia. Nabrali nadziei, że wykształcenie wyrwie Daniela z zaklętego kręgu dziurawych portek, w którym ich rodzina tkwiła od pokoleń. Chłopak został magistrem marketingu. Nie znalazł pracy w zawodzie, więc trafił do biura firmy meblarskiej. Szef dał mu najniższą krajową, ale zapewnił, że lepsze życie zacznie się Danielowi, gdy kryzys minie. Tylko że zamiast tego firma splajtowała, a chłopak wylądował na bezrobociu. Jak wielu jego znajomych z uczelni.
Daniel znów zaczyna masować się po Polsce i wzdycha: - Kiedyś wystarczyło chwycić za karabin, żeby znaleźć się w elicie narodu. Teraz trzeba się w niej urodzić.
Młoda Polska prawicowa
Emigracja do dawnej Polski
Gdy Dominik Rozwał ma gorszy dzień, podwija rękaw bluzy i przygląda się małemu powstańcowi, którego wytatuował na przedramieniu. Dzieciak ma nie więcej niż 13 lat, a już dźwiga karabin. Co takie małolaty miały w głowach - zastanawia się 39-latek - że nie wymiękły podczas powstania warszawskiego.
Tatuaż zrobił sześć lat temu, gdy rzucił robotę w fabryce części samochodowych. Przepracował tam ponad pięć lat - na śmieciówkach. - Do tego szef tak dociskał psychicznie, że zrobił ze mnie kłębek nerwów - wspomina Rozwał. - W nocy nie spałem, miałem stany lękowe i drgawki. Skończyło się na psychotropach.
Dominik nie chciał wyjechać do Anglii, jak zrobiło wielu jego znajomych. Wolał emigrować do dawnej Polski. Na ławce w parku, gdy syn zasnął w wózku, otwierał książkę o drugiej wojnie. Przypominał sobie też o wujku, który walczył u Andersa, i o siostrze babci, która przez całą wojnę ukrywała w komórce młodą Żydówkę.
Teraz Dominik jest kontrolerem produkcji w fabryce hamulców, ma umowę o pracę i co miesiąc dostaje 2700 zł na rękę. Pensje jego i żony wystarczają, żeby utrzymać trzyosobową rodzinę. Tylko że gdy porównuje swoją pracę i tę, którą dawniej wykonywali Polacy, wychodzi mu, że jest na minusie. Bo w Peerelu, zdaniem Rozwała, robota nie zabierała ludziom całego czasu, po fajrancie mogli być mężami, żonami i rodzicami. A Dominik widuje żonę tylko w weekendy i święta. W dni powszednie wychodzi do fabryki, gdy Kasia jeszcze śpi, a wraca, kiedy jej już nie ma. Wieczorem też nie rozmawiają, bo zanim ona przyjdzie z pracy, on zasypia.
Tatuaż na przedramieniu przypomina mu o wielkości, której wokół siebie nie widzi. - Ten powstaniec, choć mały łebek, był wielki, bo pokazał charakter: poszedł na wojnę i narażał siebie dla innych - mówi. - Dzisiaj ciężko być wielkim. Nawet nie wiem, co musiałbym zrobić, żeby takim się poczuć. Mogę tylko harować, żeby opłacić rachunki, ale wtedy jestem szaraczkiem. Już pogodziłem się z tym, że o wielkości muszę zapomnieć. Ale inni nie zapomną. Widzę to po kilku kumplach z tatuażami patriotycznymi i po tysiącach ludzi, którzy co roku 11 listopada maszerują przez Warszawę.
Wyklęci i niesprowokowani. Uliczna lekcja patriotyzmu
Czas patriotów
Wychodzi do drugiego pokoju, żeby się przebrać, a jego żona mnie uspokaja: - Szymon to potulny misio, tylko łatwo się denerwuje.
Potulny misio ma 186 cm wzrostu i 91 kg wagi. Jego ciało jest tak wielkie, że mieści się na nim prawie cała historia męczeństwa narodu polskiego. Na ręce wytatuował sobie napis "1940 Katyń - 2010 Smoleńsk", na plecach - daty powstania listopadowego, styczniowego i warszawskiego, a na piersi - kotwicę Polski Walczącej.
Szymon prowadzi mnie na cmentarz Rakowicki w Krakowie, gdzie w długich rzędach białych grobów leżą legioniści. Często to jedyne miejsce, jakie przychodzi mu do głowy, gdy Paulina każe wziąć dzieciaki na spacer.
Jeśli macie dość nazioli plugawiących swoim hołdem pamięć pomordowanych dzieci z Woli, sybiraków i "leśnych" z AK, zawalczcie o serca i dusze
Szymon zna je od dzieciństwa. Jeszcze zanim usłyszał o nich w szkole, wkuwał je na polecenie ojca. Bo Henryk był synem żołnierza kampanii wrześniowej i nie wyobrażał sobie, że można być Polakiem, nie znając dat zrywów wolnościowych swoich przodków. Dlatego podsuwał Szymonowi czytanki o Traugucie, Chłopickim, Borze-Komorowskim, a potem z nich odpytywał. Karą za nieprawidłowe odpowiedzi był szlaban na grę w piłkę.
Historię męczeństwa Polaków Szymon wytatuował sobie po katastrofie w Smoleńsku. Wierzy w teorię o zamachu. Zaczął zakładać koszulki na ramiączkach, bo polubił sytuacje, gdy na widok jego dziar ludzie w autobusach poważnieją, jakby się go bali. Dzięki temu czuje się silny. Ale tylko na wiosnę i w lecie, bo gdy robi się zimno, musi zakryć tatuaże ubraniami.
Szymon jest dumny, że ma dwoje dzieci, żonę patriotkę i tatuaże. Ale jego zdaniem to za mało, żeby umrzeć jako dumny Polak. Marzy o własnym serwisie samochodowym, wybudowaniu domu i skrzyknięciu znajomych patriotów, którzy spotykaliby się co tydzień i gadali o Polsce. Chce, żeby jego dzieci widziały, jak coś tworzy.
W razie "W" - przeżyję. Preppersi przygotowani na każdą apokalipsę
W kolejkach
Marcin ma astmę, więc co kilka tygodni musi stanąć w kolejce do lekarza. Ale żeby mieć prawo do niej wejść, wcześniej musiał zająć miejsce w innym ogonku - do rejestracji na bezrobociu. Bo pracuje na czarno w sklepie internetowym i nie ma ubezpieczenia zdrowotnego. Urząd pracy o tym nie wie, dlatego co jakiś czas wzywa Marcina, żeby stawił się w kolejce - po skierowanie na rozmowę kwalifikacyjną do jakiejś firmy. Chłopak bierze świstek i idzie do pracodawcy, gdzie czeka już rządek bezrobotnych - po zaświadczenie o braku kwalifikacji. Gdy Gorączko je dostanie, musi jeszcze wrócić do kolejki w pośredniaku - do gabinetu urzędniczki, która odbierze od niego świstek.
W różnych kolejkach czeka już sześć lat, czyli całą dorosłość. Gdy tak opiera się o ściany gabinetów, urzędów i sekretariatów, myśli o powstańcu, który wykrwawia mu się na plecach.
Ziemowit Szczerek: Lemingi zapewnią światu pokój
Polska zaczęła wkurzać Marcina po katastrofie smoleńskiej. Nie myślał, że to zamach, raczej przesilenie, do którego musiało doprowadzić dziadowskie państwo. Wcześniej słuchał o nim setki razy, gdy media donosiły o firmach, które upadały przez błędy urzędników skarbowych. O świeżo zbudowanych drogach, które kończyły się w szczerym polu. O przedsiębiorstwach, które były prywatyzowane za grosze, bo wszyscy zgodnie twierdzili, że w rękach państwa i tak by splajtowały. Słyszał, ale nie przejmował się dziadowską Polską. Aż do 10 kwietnia 2010 roku. Wtedy odkrył prawicowy internet. Felietony o potrzebie przeorania państwa i zbudowania go na nowo mieszały się tam z esejami o Piłsudskim, powstaniu warszawskim i żołnierzach wyklętych. Utknął w tych tekstach na długie lata i nadrabiał zaległości. Ze szkoły, bo jako uczeń jeszcze nie miał głowy do historii. I z domu: - Mój tata jest hydraulikiem, mama kucharką, a prości ludzie w starszym pokoleniu nic o historii nie wiedzą i nie mogą zaszczepić dzieciom patriotyzmu.
Gdy zrobił tatuaż, miał opory, żeby pójść na basen, ściągnąć koszulkę i pokazać krwawiącego powstańca. Bał się, że ludzie będą patrzeć na niego jak na oszołoma. Teraz już się nie boi. - Bo naród się obudził, patriotów jest coraz więcej - mówi. - Od ostatnich wyborów czuję się w Polsce całkiem nieźle. Nie chcę zapeszać, ale teraz nawet nie wzywają mnie do urzędu pracy, żebym odstał swoje w kolejkach. Może wreszcie Polska zmusi takich szefów jak mój do płacenia pracownikom ubezpieczenia. I pozwoli nam żyć.
Laski chcą dotknąć dziary
Z okna widzi dwóch "zielonych ludzików". Omiatając ulicę spojrzeniem, upewniają się, że jest bezpiecznie. Potem przechodzą pod mur kamienicy spod piątki. Przewieszają kałachy przez ramię, ściągają hełmy i kominiarki, żeby zapalić szlugi. Wojtek szybko wyciąga z szafy pistolet maszynowy Sten, kultową broń powstańców warszawskich, otwiera okno i oddaje do ludzików serię strzałów. Trafia, ale czuje niedosyt. Bierze z kuchni nóż, wybiega na ulicę, żeby poderżnąć trupom gardła.
Ten krwawy sen to ślad, jaki w głowie Wojtka Szlachetki zostawili Rosjanie, zajmując Krym. Pomyślał wtedy, że "zielone ludziki" nie poprzestaną na Ukrainie, pójdą dalej - na Litwę, Łotwę, Estonię, a w końcu dotrą do Polski. Zaczął więc czytać o walkach, które polscy partyzanci toczyli z okupantami. Zapisał się na kurs strzelecki i wytatuował na łydce kotwicę Polski Walczącej.
Już od maleńkości w Polsce przesiąkamy skrajnie nieprawdziwym obrazem wojny - romantycznej, młodzieńczej przygody
Wojtek ma żal do swoich dziadków, bo nie chcieli mu opowiadać o wojnie. Podejrzewa, że zamiast wykorzystać szansę na bohaterstwo, jaką daje okupacja, orali pole, karmili kury i doili krowy. Na swoje podobieństwo ulepili jego rodziców, którzy zamiast sprzeciwiać się komunie, pokornie podbijali kartę - ojciec w stolarni, a matka w zakładzie fryzjerskim. Dla Wojtka umieranie za ojczyznę jest ważniejsze niż życie. Twierdzi, że gdyby dostał szansę na przelewanie krwi za Polskę, umiałby ją wykorzystać. Ani chwili nie wahałby się z rzuceniem posady agenta nieruchomości.
Pensja starcza mu na wynajem kawalerki w Krakowie, koszule z modnych sieciówek, steki z najlepszej wołowiny, wakacje w Hiszpanii i balowanie w weekendy na mieście. Uważa, że żyje w dostatku, ale nie czuje, że coś od niego w świecie zależy ani że coś po nim zostanie. Gdy się zastanawia, jak naznaczyć sobą świat, do głowy przychodzi mu scena ze snu, w którym patroszy "zielone ludziki".
Od kiedy Wojtek jest prawdziwym mężczyzną, o wiele rzadziej ściele łóżko.
1600 brutto i potęga PiS-owskiej propagandy
Tam, gdzie każdy Polak się zaczyna
Orzełka Eweliny nikt z obcych nie zobaczy, bo schowała go pod majtkami. - Miałam wątpliwości, czy jeśli wytatuuję go koło pachwiny, nie sprofanuję godła Polski, ale potem pomyślałam, że to miejsce u kobiety jest jakoś święte, bo każdy Polak tam się zaczyna - uśmiecha się 21-letnia studentka. - Chciałam, żeby orzełek był tylko dla oczu mojego chłopaka. Maciek poczuł się tym wyróżniony, ale i tak później odszedł do innej.
Orzeł pod majtkami dumnie zadziera główkę, co symbolizuje niezłomność Polaków. Ewelina opowiada o nim tylko koleżankom, bo faceci mogliby się podniecać. Twierdzi, że dzisiaj mężczyznom wzrasta poziom testosteronu, dlatego trudno jej znaleźć chłopaka, który już na pierwszej randce nie proponowałby "wjazdu na chatę". A najbardziej niecierpliwi są faceci z tatuażami patriotycznymi.
Ewelina wyciąga z szafki zdjęcie, na którym dziadek Jan wtula się w babcię Jadwigę. Już wtedy cierpiał na demencję. Zapominał, jak to było, gdy walczył w AK i gdy siedział u komunistów w więzieniu. Pewnie zdrowo dostał w skórę, domyśla się Ewelina, widział krwawe sceny, ale na starość prawie o wszystkim zapominał. Została mu tylko miłość.
Ewelina szuka stowarzyszenia, do którego mogłaby się zapisać i działać na rzecz zniesienia umów śmieciowych. Wyobraża to sobie tak: ktoś stworzy projekt ustawy, inny skonsultuje z ekspertami, ona i jej podobni będą zbierać podpisy na ulicach i w internecie, a potem wyślą to politykom.
submitted by SoleWanderer to Polska [link] [comments]


Prawda wyszła na jaw! Jej były chłopak też chciał się ... Mój CHŁOPAK CHCIAŁ TO UKRYĆ przede mną w Minecraft! - YouTube Chłopiec chciał odpalić GTA V na maksymalnych ustawieniach ... Zakochana dziewczyna usłyszała od chłopaka nietypową ... Chłopak chciał popełnić samobójstwo. Jego mama była ... Zakochany chłopak chciał uratować koleżankę przed ... CHŁOPAK CHCIAŁ ZAIMPONOWAĆ DZIEWCZYNIE NA ZJEŻDŻALNI WTEDY STAŁO SIĘ TO... CHŁOPAK CHCIAŁ KUPIĆ COINSY DO FIFY 16

Chłopak chciał kopnąć bezpańskiego psa. Nie minęło 5 ...

  1. Prawda wyszła na jaw! Jej były chłopak też chciał się ...
  2. Mój CHŁOPAK CHCIAŁ TO UKRYĆ przede mną w Minecraft! - YouTube
  3. Chłopiec chciał odpalić GTA V na maksymalnych ustawieniach ...
  4. Zakochana dziewczyna usłyszała od chłopaka nietypową ...
  5. Chłopak chciał popełnić samobójstwo. Jego mama była ...
  6. Zakochany chłopak chciał uratować koleżankę przed ...
  7. CHŁOPAK CHCIAŁ ZAIMPONOWAĆ DZIEWCZYNIE NA ZJEŻDŻALNI WTEDY STAŁO SIĘ TO...
  8. CHŁOPAK CHCIAŁ KUPIĆ COINSY DO FIFY 16

Zobacz cały odcinek w Playerze: https://player.pl/seriale-online/szkola-odcinki,2395/odcinek-761,S08E761,156931 Subskrybuj kanał TVN7: http://www.youtube.com... Siemka, witam was mojej trzeciej tego typu przeróbce.Mam nadzieje, że będzie dla was śmieszna.Pamiętaj, że film został stworzony w celach humanistycznych i nie ma na celu nikogo obrażać ... 🌟 KOSZULKI z MILKY http://bit.ly/MilkySklep Odcinki codziennie o 10:30 SocialMedia ↪ 📷 INSTA milkaacz ↪ 👑 GRUPA http://bit.ly/MilkyWaye ↪ 🎬 Milky ... chŁopak chciaŁ zaimponowaĆ dziewczynie na zjeŻdŻalni wtedy staŁo siĘ to... dawid czech. ... chory chŁopak rozbiera siĘ na musical.ly !! [ pokazaŁ za duŻo ] - https: ... Zobacz cały odcinek w Playerze: https://player.pl/playerplus/seriale-online/szkola-odcinki,2395/odcinek-743,S08E743,155234 Subskrybuj kanał TVN Series: http:... Oglądaj od poniedziałku do piątku o 15:30 w TVN oraz w player.pl: https://player.pl/seriale-online/szkola-odcinki,2395/odcinek-451,S00E451,79334.html Subskry... Oglądaj 'Ukrytą Prawdę' od poniedziałku do piątku o 17:00 w TVN oraz w player.pl: https://player.pl/seriale-online/ukryta-prawda-odcinki,521/odcinek-752,S09E... Film powstał w celach humorystycznych i nie ma na celu nikogo urazić. Więcej chorych filmów : https://www.youtube.com/playlist?list=PLF4WQw-A322-ALbRVOqfl8lW...